Efekt nowej miotły w Gdańsku na razie nie zadziałał. Będąca w fatalnym położeniu Lechia Gdańsk zaledwie zremisowała u siebie ze Śląskiem Wrocław, tym samym pozostając na przedostatnim miejscu w tabeli. Obie drużyny stworzyły tego wieczoru bardzo mizerne widowisko i nikogo nie mogło dziwić to, że bramki w tym meczu nie padły. Do końca sezonu coraz mniej czasu i nad morzem zaczyna się robić coraz bardziej nerwowo.
W Gdańsku cały czas nie jest kolorowo i robi się coraz gorzej. Być może duży impuls drużynie da kolejna już zmiana trenera, na co z całą pewnością wszyscy w klubie liczą. W sobotni wieczór po raz pierwszy Lechię poprowadził David Badia. Hiszpan przejął drużynę znajdującą się w kryzysie, od początku pokazując pełną wiarę w wywalczenie utrzymania.
Sytuacja w tabeli powoduje jednak, że margines błędu jest już coraz mniejszy. Do tego przyczyniła się także kolejna w ostatnim czasie wygrana Korony Kielce, która jest obecnie z całą pewnością lepiej poukładaną drużyną. Czysto teoretycznie Lechia Gdańsk nie miała bardzo trudnego zadania w tej kolejce. Nad morze zawitał zaprzyjaźniony i bardzo osłabiony Śląsk Wrocław. W drużynie gości zabrakło bowiem Johna Yeboaha, Erica Exposito, Nahuela Leivy i chociażby Daniela Gretarssona. To jednak nie okazało się aż tak korzystne dla drużyny Davida Badii, jak mogło się wydawać.
Dużo podań bez efektów specjalnych
Lechia Gdańsk od samego początku robiła wszystko, by mieć pełną kontrolę nad tym spotkaniem. W bardzo spokojny sposób próbowała budować swoje akcje od tyłu, długo rozgrywając piłkę. Problemem jednak było to, że brakowało w tym wszystkim odważniejszego wejścia w szyki obronne rywala. Na to niezbyt pozwalała druga linia Śląska Wrocław, bardzo umiejętnie przesuwając się na boisku. Mniej więcej w taki sposób toczyła się prawie cała pierwsza połowa. Jedynie na samym jej końcu dwa celne strzały z pola karnego oddała Lechia, a po chwili raz odpowiedzieć zdołał Śląsk. Nie były to sytuacje stuprocentowe, ale chociaż na moment można było zawiesić na czymś oko.











