Brak wykorzystywania otrzymywanych szans może nieść za sobą przykre skutki. Lechia Gdańsk ponownie miała szansę na wyjście ze strefy spadkowej, ale przegrała u siebie z Górnikiem Zabrze. Goście wyczekali rywala i po przerwie na dużej łatwości wykorzystali ich błędy. Johna Carvera czeka wiele pracy w końcowej fazie sezonu, by jeszcze jakkolwiek poprawić grę swojej drużyny. O ile sprawy pozasportowe nie pokrzyżują mu planów, bo Paolo Urfer nie zamierza kończyć z rzucaniem kłód pod nogi.
Euforia po zmianie trenera zakończyła się już jakiś czas temu, gdy Lechia Gdańsk przegrała mecz domowy z Puszczą Niepołomice. Była to pierwsza porażka za kadencji Johna Carvera i poważny sygnał, że pozostanie w PKO BP Ekstraklasie nie będzie proste. Tuż po tym przyszła dosyć bolesna, mimo iż wpisywana w koszta przegrana na wyjeździe z Rakowem Częstochowa. Masa indywidualnych błędów nieco przysłoniła całkiem sprawną grę piłką. To faktycznie mogło dawać jakiekolwiek nadzieje na to, że przy innym rywalu o lepszy wynik będzie łatwiej. Jeżeli oczywiście zostaną wyeliminowane błędy w defensywie.
Wiele wskazywało na korzystny wynik
Takiego „lepszego” rywala Lechia podejmowała w niedzielne popołudnie przed własną publicznością. Nad morze zawitał Górnik Zabrze, który nie miał udanego startu rundy i od wielu lat niezbyt dobrze radził sobie w Gdańsku. Ewentualne trzy punkty dałyby od dawna wyczekiwane opuszczenie strefy spadkowej, więc piłkarze mieli o co grać. Przebieg pierwszej połowy zdecydowanie mógł wlać w serca kibiców nadzieje, że tym razem faktycznie uda się wygrać.
Długimi momentami rywal był dominowany na boisku i gospodarze próbowali sobie stwarzać sytuację za sytuacją. Takich klarownych „setek” nie było jednak zbyt dużo, ale na ratunek przyszedł rzut karny w 37. minucie, po faulu na Wjunnyku. Na nieszczęście Lechii Gdańsk, a na szczęście dla Górnika Zabrze, jedenastki nie wykorzystał Camilo Mena. Kolumbijczyk do tego momentu miał stuprocentową skuteczność z 11 metrów, ale tym razem przegrał pojedynek z bramkarzem. Filip Majchrowicz był idealnie przygotowany na tego konkretnego zawodnika i bardzo łatwo wygrał ten pojedynek.
Lechia Gdańsk nie zraziła się tą sytuacją i tuż przed przerwą zdołała dopiąć swego, za sprawą Rifeta Kapicia. Kapitan drużyny świetnie zachował się w lekkim zamieszaniu przed polem karnym i finalnie bardzo ładnie uderzył już z szesnastki, nie dając szans bramkarzowi. Do przerwy gospodarze prowadzili w pełni zasłużenie i mogli sobie pluć w brodę, że tylko jedną bramką.











