Lech Poznań był piękny, bezkonkurencyjny, mistrzowski. Ostatnio, pomimo zwycięstw, w grze Lecha Poznań dało się odnaleźć mankamenty. Dzisiaj FC Thun było bezradne wobec mistrza Polski. Oczywiście, u Szwajcarów, mówiąc nieco eufemistycznie, także brakowało jakości w defensywie. Najwierniejszym, zgromadzonym przy Bułgarskiej zafundowano cudowną rekompensatę za Aarhus.
Sporo znaków zapytania przed meczem
Dotychczasowa droga Lecha Poznań w eliminacjach do europejskich pucharów nie była usłana różami. W idealnym świecie Lech Poznań grałby we wtorek lub środę i już poważnie myślałby o Lidze Mistrzów. Tymczasem jest czwartek, pozostała walka o Ligę Europy. Chyba jesteśmy pogodzeni z rzeczywistością, pocieszamy się tym, że i tam da się trafić na znakomitą markę i pokazać się z jak najlepszej strony. By nie utknąć w Lidze Konferencji UEFA – w końcu ile można tam grać – trzeba było wykonać krok do przodu. Na drodze stanęło szwajcarskie FC Thun i szereg przeciwności losu, którym „Kolejorz” musi stawić czoła. Przed startem spotkania niepewnością napawał chociażby brak Mikaela Ishaka, który zmusił trenera Nielsa Frederiksena do desygnowania na jego miejsce Allahyara Sayyadmanesha.
Trudne miłego początki
Już od samego początku gracze FC Thun zrobili wszystko, by Lech Poznań poczuł, że na Bułgarską nie przyjechał byle kto. Szwajcarzy doprowadzili do chaosu w polu karnym „Kolejorza”, mieli niemal pustą bramkę. Z samiutkiej linii piłkę wybijał Radosław Murawski ratując swój zespół przed naprawdę fatalnym początkiem. Nie minęły dwie minuty gry, a już na połowie Lecha oglądaliśmy obrazki świadczące o tym, że lekko nie będzie. W parę sekund przy wyprowadzeniu piłkę stracił Joel Pereira, a na murawie poślizgnął się Pablo Rodriguez. Nie wyglądało to dobrze.
Festiwal dominacji Lecha Poznań
W dziesiątej minucie pojedynek po prawej stronie boiska wygrał Patrik Walemark, przebiegł spory kawałek boiska, oddał techniczny strzał – piłka odbija się od słupka i trafiła do siatki. Od tego momentu Lech Poznań poczuł wiatr w żaglach. Dominował, zakładał pressing, chciał pójść za ciosem i miał parcie na bramkę. Bliski trafienia po dośrodkowaniu był m.in Mateusz Skrzypczak. „Duma Wielkopolski” emanowała pewnością siebie i spokojem także w defensywie. Wszystko wyglądało naprawdę nieźle. Owocem kapitalnej prezencji było szybkie podwyższenie wyniku.
W dwudziestej minucie podanie Pablo Rodrigueza odnalazł Allahyar Sayyadmanesh. Gospodarze prowadzili już z dwubramkową zaliczką. FC Thun poczuło, że musi wziąć sprawy w swoje ręce. Groźną próbę oddał Marc Gutbub, który jeśli chodzi o piłkarzy Thun był najaktywniejszy w polu karnym Lecha. „Kolejorz” był jednak nie do zatrzymania. Bezlitośnie kręcił Szwajcarami. Po zabawie po prawej stronie, świetnym podaniu Michała Gurgula do piłki najszybciej dopadł Patrik Walemark. I znów, zrobił to, co potrafi najlepiej. Zdobył przestrzeń, oddał strzał. Niklas Steffen już trzeci raz musiał wyciągać piłkę z bramki.
Niegroźny wolny w środku pola okazał się zabójczy dla Thun. Piłka jak po sznurku trafiła do 𝐀𝐥𝐥𝐚𝐡𝐲𝐚𝐫𝐚 𝐒𝐚𝐲𝐲𝐚𝐝𝐦𝐚𝐧𝐞𝐬𝐡𝐚, który precyzyjnie powiększył prowadzenie Lecha.
🔴📲 Oglądaj online mecz Lech 🆚 Thun ▶ https://t.co/sRkasmRcdB pic.twitter.com/j6zVN6kZq5
— TVP SPORT (@sport_tvppl) August 20, 2026
Karygodna postawa w defensywie FC Thun
Lech dostarczył nam tylko sześciominutową przerwę od bramek. W 31 minucie kapitalnie na drugą stronę pola karnego piłkę przerzucił Antoni Kozubal. Dziwnym trafem był tam Mateusz Skrzypczak. To, co nie udało się kilka chwil wcześniej głową, wyszło nieco później nogą. Pewny strzał, Lech był lepszy od Szwajcarów już o cztery gole. Wciąż dominował i nie dawał swojemu rywalowi dojść do głosu. To była poezja. Lekkość w znajdowaniu przestrzeni, wysokiej jakości podania, które kapitalnie obsługiwały ofensywnych graczy Lecha. Mnóstwo wygranych pojedynków, piłkarze Mistrza Polski szybciej dochodzili do drugich piłek. Żeby nie było, defensywa Thun wyglądała koszmarnie. Gdyby zamienić obronę Radomiaka Radom z tą FC Thun na czas meczu z Lechem – daję sobie rękę uciąć, że „Kolejorz” miałby ciężej z defensorami „Warchołów”.
Piątka, szóstka, siódemeczka…
Cios numer pięć zadał Radosław Murawski, a asystował mu Pablo Rodriguez. Była to już druga asysta Hiszpana w meczu. Piłkarze „Kolejorza” na przerwę schodzili z pięciobramkową przewagą. Można pomyśleć, przy takim rezultacie lepiej wziąć parę głębokich wdechów, zagrać mniej intensywnie. Ale Thun samo chciało. Było niedopuszczalnie beznadziejne. Chwilę po gwizdku na start drugiej części spotkania krótki dystans na wskroś pola karnego przemierzył Daniel Hakans. Oddał strzał. Wpadło. Lech prowadził 6:0.
Lechowi ciągle mało! Do gola tym razem dodany… taniec radości 🕺
🔴📲 Oglądaj online mecz Lech 🆚 Thun ▶ https://t.co/sRkasmRcdB pic.twitter.com/uY4uvBgn6t
— TVP SPORT (@sport_tvppl) August 20, 2026
Z czasem tempo nieco zmalało, entuzjazm nieco przygasł, do głosu mogło dojść Thun. Był to głos wprawdzie dość skutecznie tłumiony przez defensywę Lecha, bo Szwajcarzy mieli problem, by dojść do strzału, a co dopiero zmusić do interwencji Mateusza Lisa. Wydawało się, że po ponad godzinnej męczarni Thun załaduje chociaż gola na pocieszenie. Swoje trafienie już świętował wpuszczony z ławki rezerwowych Furkun Dursun. Piłka znalazła się już na środku boiska, a sędzia Sebastian Gishamer nasłuchiwał sugestii od jego kolegów z Austrii. Wideoweryfikacja wykazała spalonego, a gol gości został anulowany.
Choć Lech Poznań nie grał już na 100% możliwości i tak dochodził do okazji częściej niż FC Thun. Gola na 7:0 strzelił Robert Gumny, a asystę zaliczył świeżo upieczony Lechita – Gustav Berggren. Korzystny wynik pozwolił Nielsowi Frederiksenowi na wpuszczenie z ławki rezerwowych dwóch młodych piłkarzy, Karola Delikata, który szerszej publiczności przedstawił się już w ligowym meczu z Piastem Gliwice oraz debiutującego Wojciecha Szymczaka.
Dominacja także w końcówce
Rywale Lecha Poznań mieli jeszcze swoją okazję z rzutu wolnego. Dobra pozycja, z której można było posłać niezłą wrzutkę. I ta sztuka nie wyszła FC Thun. Lech Poznań w końcówce spotkania wrócił do kontrolowania gry. Okazję na swojego premierowego gola miał Wojciech Szymczak, ale nie powtórzył wyczynu swojego kolegi, Karola Delikata. Poznaniacy już bawili się z rywalem. Będąc blisko bramki szukali jeszcze dogodniejszych okazji próbując nie tylko strzelić gola – jak już trafiać to przy takiej zaliczce warto zrobić to w sposób zjawiskowy. Więcej goli nie zobaczyliśmy. Lech Poznań wygrał u siebie 7:0. Różne widzieliśmy historie, nawet całkiem niedawno, ale tego raczej się nie da z rąk wypuścić. Zwłaszcza przeciwko drużynie z tak beznadziejnie prezentującą się defensywą.