Lech Poznań może i przegrał pierwszy mecz grupowy z Villarrealem. W nim podopieczni Johna van den Broma prezentowali formę wyższą, niż zakładano przed pierwszym gwizdkiem. Dziś oczekiwania, z uwagi na styl postawienia się większemu rywalowi, były duże. Narastały one tym bardziej z powodu zadyszki oponentów. Dziś Lech wychodził w roli faworyta. Nie zawiódł.
Bieżący sezon dla Lecha Poznań układa się różnie. Nadzieje na kolejny świetny sezon z racji zwycięstwa na stulecie klubu były duże, ale pierwsze oznaki słabszej dyspozycji pojawiły się jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek ligowych. Mistrz Polski odpadł z Ligi Mistrzów przez fatalny dwumecz z Karabachem Agdam. Na domiar złego, poległ z Rakowem Częstochowa w meczu o Superpuchar. Do Ligi Konferencji Europy udało się awansować. Tu znowu narzekano na styl. Obok tego zawodzili w ekstraklasie. W pewnym momencie znajdowali się nawet w strefie spadkowej.
Ostatnio czarne chmury wydają się odchodzić w bok. W ekstraklasie poznaniacy powoli pną się w górę tabeli, a występy w Lidze Konferencji Europy zaczęli, mimo że przegrali, całkiem dobrze. W drugiej kolejce przyszła pora na pojedynek z Austrią Wiedeń. Polska drużyna tym razem triumfowała. Podobnie jak w pamiętnym starciu z 2008 roku. Historia lubi się powtarzać…
Najpierw Austria, potem Lech…, później ponownie Austria Wiedeń!
Przed meczem zarówno w obozie Lecha Poznań, jak i Austrii Wiedeń przeświadczenie było jedno – przejąć inicjatywę w meczu/zdominować rywala. W tej kwestii akurat na starcie lepiej odrobiła lekcję wiedeńska ekipa. Podchodzili oni wysoko, a wtedy piłkarze mistrza Polski już kompletnie się gubili. Na początku tego spotkania grali w piłkę właściwie tylko goście. Lech Poznań był niedokładny, bezbarwny i popełniał błędy. „Kolejorza” ratowało równie słabe rozegranie ze strony oponenta. Byli aktywniejsi, ale co z tego? Właściwie nic. Na podaniu do rywala się kończyło

Trenerzy obydwu drużyn na przedmeczowej konferencji wspominali, iż ich zespoły mają w planach przystąpić do tego meczu w gazie, z polotem. Celem była dominacja i chęć narzucenia swojego tempa. Właściwie na boisku te słowa się potwierdziły. Zaczęła Austria Wiedeń, a po czasie schemat ten powielił Lech Poznań. Ekipa Johna van den Broma śladami oponenta naciskała, wychodziła wysoko i wymuszała błędy.
Lech kontrolował sytuację na boisku, co skończyło się golem Mikaela Ishaka. Radość nie trwała jednak długo… Po zaledwie dwóch minutach wyrównali goście. Na tym się skończyło? Nie! Austria Wiedeń zyskała dużą pewność w swoich ofensywnych poczynaniach. To oni ponownie przejęli inicjatywę. Sytuacja na boisku zmieniała się jak w kalejdoskopie. Niczego nie można było być pewnym.












