Nie zawsze da się wygrywać przekonująco i miażdżyć rywala. Nie każdy przeciwnik sobie na to pozwoli. Przecież nie można co mecz pakować trójki lub czwórki. Pomimo że Lech Poznań zaprezentował się przeciętnie z Piastem, to wygrał, a to w tym momencie było najważniejsze.
Po zwycięskich spotkaniach ze Śląskiem, Legią i Wisłą Płock kibice, spoglądając na terminarz, zobaczyli Stal Mielec i Górnik Łęczna. Łatwo można się domyślić, że z góry dopisali sobie sześć „oczek” w tabeli. Wiemy jednak, jak to bywa z dopisywaniem sobie punktów przed meczem. Paulo Sousa też zakładał zwycięstwo nad Słowacją na Euro. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy. Faktem jest jednak, że Lech Poznań stracił cztery punkty. Można jeszcze wybaczyć te niepowodzenia, gdyż przecież Stal oraz Górnik urwały punkty w ostatnich tygodniach największym rywalom „Kolejorza”, czyli Lechii i Rakowowi. Żal jednak jest.
Jeszcze kilka tygodni temu po kolejnym udanym spotkaniu z Wisłą Płock u siebie spoglądali na następnego oponenta, który przyjeżdżał na Bułgarską. Wtedy trochę żartobliwie można było zapytać: to, co ile przyjmie bramek Piast? Cztery czy pięć? Jasne jest, że nie każdy mecz w Poznaniu będzie kończył się posłaniem rywala na deski. Przyznajemy jednak, że ostatnio lechici rozpieszczali swoich kibiców. W ostatnich czterech spotkaniach w stolicy Wielkopolski zdobyli 14 bramek. Średnia wychodzi nam 3,5 gola na mecz. Możemy udawać, że to nic takiego, ale umówmy się, każda drużyna przyjeżdżająca do Poznania trzęsłaby portkami. Nikt nie chce przecież skończyć jak Śląsk Wrocław.
Czy to kryzys?
Strata punktów z Piastem oznaczałaby kryzys w Lechu Poznań. Umówmy się, trzy mecze z rzędu bez zwycięstwa dla drużyny aspirującej do mistrzostwa to dużo. To już mówiłoby nam o lekkim kryzysie w drużynie Macieja Skorży. Dlatego Lech Poznań bezwzględnie potrzebował trzech punktów w starciu z Piastem. Każde inne rozstrzygnięcie byłoby porażką „Kolejorza”. Wygrać się udało, ale zespół nie zachwycił. Kryzys to jednak za duże słowo w tym przypadku.
Pierwsza połowa, zamiast podnieść na duchu poznańskich sympatyków, raczej ich zdołowała i przestraszyła. Lech wyglądał słabo. I w tym przypadku statystyki nas okłamują. Wszyscy wiedzieli, że Waldemar Fornalik wyjdzie na ten mecz zachowawczo. Przecież nikt o zdrowych myślach nie odkryje się przed takim silnym „Kolejorzem”. Z tym liczyć musi się Maciej Skorża. W pierwszej odsłonie „Duma Wielkopolski” nawet nie waliła głową w mur jak w Mielcu czy Łęcznej. Brakowało kogoś, kto w ogóle się rozpędzi i spróbuje walnąć w ten mur.










