Lech Poznań minionej jesieni miał dwa oblicza. Beznadziejne ligowe i niewiarygodne w europejskich pucharach. Prawdziwy Dr Jekyll i Mr Hyde, którego tłumaczono na wiele sposobów.
W większości fachowcy za przyczynę takiej dysproporcji w postawie „Kolejorza” uważali zmęczenie po meczach pucharowych lub większą motywację spowodowaną obecnością menadżerów z klubów zachodnich.
Przeanalizowaliśmy grę Lecha i mamy swoją teorię.
Rzadko kto w tym sezonie mógł uwierzyć, że można pokonać Red Bull Salzburg, a trzy dni później przegrać z Zagłębiem Lubin. Że można przejechać się po najbogatszej drużynie świata (Manchesterze City), a w kolejnym meczu być bezradnym przeciwko chorzowskiemu Ruchowi.
Wielu zastanawiało się nad istotą tego zjawiska. Sami piłkarze nieśmiało tłumaczyli to atmosferą wokół tych gier. Inni, nastawieniem samych zawodników, a co bardziej złośliwi przyczynę upatrywali w chęci pokazania się na arenie międzynarodowej.
Dr Jekyll i Mr Hyde polskiego futbolu wyszedł z grupy Ligi Europy, pozostawiając za plecami Juventus Turyn, którego piłkarze warci są dziesięć razy więcej niż zawodnicy Lecha. To zagadnienie jest tak samo dziwne jak fakt, że ta sama drużyna w rodzimej lidze plasuje się na jedenastym miejscu.
Przeanalizowaliśmy grę „Kolejorza” pod wieloma aspektami taktycznymi i znaleźliśmy odpowiedź w stałych fragmentach gry. Podeprzyjmy się trochę statystyką.
W jesiennych meczach ligowych poznaniacy zdobyli osiemnaście goli, z czego cztery z nich padły po stałych fragmentach gry: dwa po rzutach karnych i po jednym po rzutach wolnym i rożnym.
Wchodząc bardziej w szczegóły, dowiemy się, że Lech wykonywał w piętnastu meczach 75 rzutów rożnych i tylko jeden zakończył się trafieniem do siatki. Ten jedyny gol autorstwa Artjomsa Rudnevsa miał miejsce w meczu z Lechią Gdańsk. Wcześniej Lech wykonywał serię 65 bezowocnych kornerów.
Dla porównania zobaczmy, jak wyglądała statystyka dotycząca stałych fragmentów gry w Lidze Europy. Licząc mecze z Dnipro i spotkania grupowe, „Kolejorz” zdobył dwanaście goli w ośmiu meczach, w tym pięć po stałych fragmentach: jeden po rzucie karnym oraz po dwie po rożnych i wolnych.
W samej rubryce kornerów znajdziemy informację, że mistrz Polski wykonywał ich 35, a dwa zakończyły się powodzeniem. W dodatku gole po stałych fragmentach padały w ważnych momentach meczów. Z Salzburgiem Lech objął prowadzenie po rzucie rożnym, później to Austriacy musieli się wysilić, by zdobyć punkt. Odkryli się bardziej, a Lech zdobył gola z kontry. Z Juventusem stałe fragmenty gry dwukrotnie dawały prowadzenie 1:0 (w Turynie po rzucie karnym, a w Poznaniu po rożnym). W meczu z Manchesterem City gol na 2:1 padł po rzucie wolnym i strzale głową Arboledy… w 86. minucie.
W dzisiejszej piłce dbałość o stałe fragmenty gry jest bardzo istotna. Nawet w starciu ze słabszym rywalem może po prostu „nie iść”, ale w każdym meczu zdarzy się rzut rożny czy wolny z okolic pola karnego. Dobry pomysł może zaskoczyć rywala i zmienić oblicze spotkania.










