Lazio Rzym pechowo zremisowało 1:1 z US Lecce. Wynik meczu w ramach 34. kolejki Serie A otworzył Matuzalem dopiero w 82. minucie. Rzutem na taśmę wyrównał Waleri Bożinow, który gola strzelił w doliczonym czasie gry.
Broniące się przed spadkiem Lecce bardzo potrzebowało punktów w starciu z walczącym o dużo wyższe cele Lazio. Gospodarze nawet w wypadku przegranej pozostaliby na najniższym stopniu podium, ponieważ Udinese nie potrafiło pokonać Chievo. Dla Lazio scudetto to tylko utopia, ale walka o zachowanie obecnego miejsca będzie trwała do końca sezonu. Dzisiejszy mecz został poprzedzony minutą ciszy, by uczcić pamięć zmarłego zawodnika Livorno, Piermario Morosiniego.

W meczach pomiędzy tymi zespołami od zawsze padało dużo goli. W zeszłym sezonie było ich aż dziewięć, a tylko jesienią pięć. Wówczas Lecce na własnym boisku przegrało 2:3 po fantastycznej walce do końca. Dzisiaj również wszyscy liczyli na dobre widowisko, wszak ciągle jest o co grać. Jednak dzisiejsze spotkanie miało przebieg podobny jak większość w 34. kolejce Serie A. Sytuacji bramkowych jak na lekarstwo, składnych akcji również. Gra obu drużyn opiera się na sile fizycznej, przez co pierwsze minuty meczu wyglądały jak zwykła kopanina. W drużynie gospodarzy wyraźnie brakowało Miroslava Klose, który prawdopodobnie nie wybiegnie już na włoskie boiska w tym sezonie. Swoje sytuacje miał David Di Michele, ale nie potrafił wykończyć bardzo dobrze zapowiadających się akcji.
W bramce rzymian bardzo dobrze spisywał się Federico Marchetti, który mimo iż nie miał zbyt wielu okazji (głównie strzały wspomnianego Di Michele oraz Muriela), zawsze był przygotowany na interwencję. W pierwszej połowie Lazio nie potrafiło przejąć inicjatywy, chociaż z minuty na minutę gra wyglądała coraz lepiej. Nie udało się jednak pokonać Massimiliano Benassiego i w pierwszej odsłonie meczu bramki nie padły, a piłkarze obu drużyn zeszli na kwadrans zasłużonej przerwy.
W drugiej części spotkania Eduardo Reja postanowił wzmocnić siłę ognia swojej drużyny i zamiast bezproduktywnego Hernanesa wpuścił na plac gry drugiego napastnika, Emiliano Alfaro. Poskutkowało to przejęciem kontroli na boisku i dłuższym utrzymywaniem się przy piłce. Jednak solą futbolu są bramki, których nie było widać. A czas uciekał. Dobrą okazję już na samym początku drugiej odsłony gry zmarnował Tommaso Rocchi. Później próbował się zrehabilitować, nawet dwukrotnie, ale za każdym razem niesamowicie nieskutecznie. Ze strony Lecce nic Lazio nie zagrażało. Sporadyczne wypady w pole karne Marchettiego to wszystko, co udało się zaobserwować w drugiej części spotkania. Owszem, strzały były, ale nie na tyle dokładne i mocne, by mogły jakoś zaszkodzić gospodarzom. Eusebio Di Francesco robił, co mógł, wprowadzał na boisko nowych zawodników, dyrygował – ale nic nie było w stanie zmusić piłkarzy przyjezdnych do śmielszych ataków.











