Choć lanie nieodłącznie kojarzy się z wodą, to w sferze sportu oznacza poniesienie sromotnej porażki. Przegraną w znacznych rozmiarach. Haniebną, która na długo zapada w pamięć zawodników, sztabu szkoleniowego i przede wszystkim kibiców. Podobnych przypadków nie brakowało w obecnym sezonie Premier League. Jedni bardziej, inni mniej, ale wstydzić może się wiele drużyn. Specjalnie na lany poniedziałek przedstawiamy subiektywny ranking największych pogromów w obecnej kampanii angielskiej ekstraklasy.
Pogrom, deklasacja, baty, lanie. Każde z wymienionych słów krótko, a zarazem treściwie, opisuje w futbolu identyczną sytuację. Spotkanie, w trakcie którego jeden zespół znacznie przeważał nad drugim, dobitnie potwierdzając dominację zdobyciem czasem nawet ośmiu bramek. Tak jak w obecnym sezonie Premier League, gdy Manchester City rozstrzelał na Etihad Stadium Watford. Bez litości aplikując rywalom więcej goli w trakcie regulaminowego czasu gry niż Korona Kielce przez piętnaście kolejek bieżącej kampanii PKO BP Ekstraklasy. Podobnych przypadków w obecnej edycji angielskiej ekstraklasy nie brakowało. Przedstawiamy nasz subiektywny ranking największych pogromów w nadal trwającej, choć wstrzymanej, edycji Premier League. Specjalnie na lany poniedziałek.
7. Tottenham Hotspur – Burnley 5:0
Obecny sezon nie dostarcza sympatykom „Spurs” wielu powodów do radości. Na początku grudnia jednak w najlepsze jeszcze trwał miesiąc miodowy Jose Mourinho na Tottenham Hotspur Stadium. Wydawało się, że wszystko idzie w dobrą stronę, nawet mimo porażki z Manchesterem United. Niepowodzenie podopieczni Portugalczyka powetowali sobie jednak z nawiązką w kolejnym spotkaniu, lany poniedziałek urządzając w szesnastej serii spotkań przeciwko Burnley. Rozegrali wtedy najlepszy mecz w dotychczasowej kadencji „The Special One” w północnym Londynie, już na początku rywalizacji pozbawiając przeciwników złudzeń.
Menedżerowie często powtarzają, że szybko stracona bramka ustawiła mecz. A co dopiero dwie? Po kapitalnym uderzeniu z dystansu Harry’ego Kane’a zaledwie cztery minuty później podbramkowe zamieszanie wykorzystał Lucas Moura. Nadal pozostało jednak 80 minut spotkania, a „Spurs” nie zamierzali przestać okładać rywali. Jeszcze w pierwszej połowie Son Heung-min otrzymał podanie przed własnym polem karnym, by następnie przebiec prawie całe boisko, mijając graczy Burnley niczym dzieci. Całą akcją kończąc trzecim trafieniem dla Tottenhamu Hotspur, które definitywnie rozstrzygnęło losy spotkania.
Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie – „Spurs” nadal siali popłoch w defensywie rywali, co zaowocowało kolejnymi dwoma trafieniami. Defensywa Burnley tego dnia ewidentnie została w autokarze. Wstyd, choć trochę mniejszy niż w przypadku zawodników West Hamu United.
Wspaniały obiekt, potężne wzmocnienia i klasowy menedżer, Manuel Pellegrini. Przepis na sukces? Wydawało się, że tak. West Ham United w bieżącej kampanii z powodzeniem miał powalczyć o miejsce gwarantujące grę w europejskich pucharach. Ambicji włodarzom „The Hammers” nikt nie mógł odmówić, lecz przynajmniej na papierze było to poparte odpowiednimi działaniami. Już w pierwszej serii spotkań nastąpił jednak lodowaty prysznic, choć przez długi czas leciała ciepła woda.
Manchester City co prawda raz za razem wjeżdżał w pole karne londyńczyków, lecz bez większego efektu. Wystarczył jednak moment nieuwagi Issy Diopa, by Gabriel Jesus jeszcze w pierwszej połowie rozpoczął strzelaninę na London Stadium. Późno, ale to wystarczyło, by skutecznie wyciągnąć sprzed własnego pola karnego głęboko broniący West Ham United. Więcej miejsca przed szesnastką rywali było wodą na młyn dla Kevina De Bruyne, który kapitalnymi podaniami nakręcał kolejne ataki gości. Z pracy Belga owoce czerpał przede wszystkim Raheem Sterling, który trzykrotnie pokonał Łukasza Fabiańskiego. Trafienie dołożył także Sergio Agüero, lecz z dyspozycji podopiecznych nie był do końca zadowolony Pep Guardiola.
– Nasz występ nie był doskonały. W pierwszej połowie byliśmy niechlujni w naszych poczynaniach, nie byliśmy precyzyjni. Ale to normalne. To był pierwszy mecz, początek o 12:30, nie mieliśmy naszego rytmu. Musimy [grać lepiej]. Ale to normalne, to pierwszy mecz – mówił na pomeczowej konferencji hiszpański menedżer.
Miało być dobrze, skończyło się jak zawsze. West Ham United sezon rozpoczął od dość traumatycznego przeżycia, szybko schodząc na ziemię. Boleśnie, choć lanie mogło być większe, gdyby „The Citizens” znajdowali się w formie, o czym przekonało się w obecnym sezonie jeszcze parę drużyn.
5. Liverpool – Everton 5:2
Grudniowa odsłona derbów Merseyside była kolejną szansą Evertonu na przełamanie serii niezadowalających rezultatów na Anfield Road. Tym większą, że spotkanie na ławce rezerwowych rozpoczęli Mohamed Salah oraz Roberto Firmino. Desygnowani do gry Divock Origi i Xherdan Shaqiri jednak z nawiązką wypełnili obowiązki nieobecnych na murawie gwiazd Liverpoolu. Wspomagani przez Sadio Mane razem z Senegalczykiem w pierwszej odsłonie spotkania czterokrotnie pokonali Jordana Pickforda. Brylował szczególnie Belg, który ośmieszał defensywę derbowych rywali, kapitalną techniką popisując się szczególnie przy drugiej bramce.
Everton co prawda odpowiedział jeszcze w pierwszej połowie, w drugiej dokładając następne trafienie, lecz to było za mało na świetnie dysponowanych gospodarzy. Dzieła zniszczenia już w końcowych minutach dopełnił natomiast Georginio Wijnaldum. Wynik 5:2 w derbowym starciu poszedł w świat, potwierdzając mistrzowskie aspiracje Liverpoolu.
4. Aston Villa – Manchester City 1:6
Życie beniaminka Premier League do łatwych nie należy. Szczególnie gdy po przeciwnej stronie boiska staje zespół dysponujący jedną z najlepszych linii ofensywnych świata – Manchester City. Podopieczni Pepa Guardioli to nie drużyna, która zadowala się zdobyciem trzech bramek. Gdy ma okazję, strzela, ile tylko może. Na nieszczęście dla rywali, o czym przekonał się już wspomniany wcześniej West Ham United. Przekonała się także Aston Villa. Spotkanie na Villa Park było świętem tylko dla gości. Dla gospodarzy za to porządnym laniem.
Od samego początku spotkania Manchester City zepchnął rywali do rozpaczliwej defensywy. Bramki zdobywane hurtem przez gości były tylko kwestią czasu. Do momentu gwizdka oznaczającego koniec pierwszej połowy wpadły już cztery. Przerwa zdecydowanie była jedynym pozytywnym czasem w tym meczu dla graczy Aston Villi. Tym bardziej że po wznowieniu Manchester City dołożył kolejne dwa trafienia.
Spotkanie zyskało jednak rozgłos głównie z powodu hattricka Sergio Agüero. Trzy bramki Argentyńczyka na Villa Park sprawiły, że snajper stał się najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Premier League. Tym samym na dobre zaciemniając fakt, że pod koniec rywalizacji beniaminek zdobył jednak honorowe trafienie z rzutu karnego. Troszeczkę zmniejszając rozmiar pogromu.
3. Leicester City – Liverpool 0:4
Prawdziwa weryfikacja mistrzowskich planów czekała „The Reds” w dziewiętnastej kolejce. Wyjazd na King Power Stadium miał dać ostateczną odpowiedź w kwestii rzeczywistej siły podopiecznych Jürgena Kloppa. Dał, jak najbardziej pozytywną. Na jedną deszczową noc w Leicester powrócił heavy metal w wykonaniu triumfatorów Ligi Mistrzów. Było szybko, było intensywnie. Zbyt szybko i zbyt intensywnie dla zawodników Brendana Rodgersa.
Od pierwszej minuty frontalne ataki Liverpoolu siały spustoszenie w szeregach bezradnych gospodarzy, jedynie z powodu słabej skuteczności sprawiając, że do przerwy goście prowadzili tylko jedną bramką. Po wznowieniu gry Liverpool jednak nie zwolnił, a nawet wrzucił wyższy bieg. Przy tak intensywnych atakach defensywa Leicester City musiała w końcu obrócić się w pył. Wystarczyło poczekać do 70. minuty. Kolejne trzy bramki dla lidera Premier League były najmniejszym wyrokiem kary.
– Liverpool był absolutnie wspaniały. Możemy być lepsi, znacznie lepsi. Zbyt łatwo traciliśmy piłkę dzisiejszego wieczoru. Kiedy dotarliśmy do połowy przeciwnika, nie utrzymywaliśmy się na niej zbyt długo z powodu pressingu rywali. Młodzi zawodnicy i cały mój zespół byli do tej pory fantastyczni, ale to oczywiście [negatywnie] odbiło się na ostatnich spotkaniach – komentował na pomeczowej konferencji Brendan Rodgers.
Nietrudno zgodzić się z Irlandczykiem z Północy, choć wypowiedź ubrał w ładne słowa. Na King Power Stadium grał tylko Liverpool. Leicester City pełniło jedynie rolę statystów w spektaklu podopiecznych Jürgena Kloppa. Podobnie jak sam Brendan Rodgers, który moknąc w deszczu, za bardzo nie wiedział, jak zmienić obraz gry. Przepisy pozwalają przecież na zrobienie tylko trzech zmian. Nie tylko deszcz zlał Leicester City. Na King Power Stadium Liverpool urządził lany poniedziałek na całego.
2. Manchester City – Watford 8:0
Bywają spotkania, w trakcie i po których trudno napisać coś pozytywnego o jednej z drużyn. A w przypadku Watfordu w starciu na Etihad Stadium? Na siłę warto docenić koszulki zespołu z Vicarage Road, które we wrześniowym słońcu prezentowały się naprawdę korzystnie, a na pewno lepiej niż zawodnicy „The Hornets”.
Po nieudanym starcie sezonu Quique Sánchez Flores na stanowisku menedżera Watfordu zastąpił Javiego Gracię. Roszada nie okazała się jednak dobrą zmianą. Wręcz przeciwnie, bo z wydarzeniami na Etihad Stadium Hiszpan będzie kojarzony do końca kariery. Gdy szkoleniowiec jeszcze dobrze nie usiadł, trzeba było odrabiać straty. Po kolejnych siedemnastu minutach już jednak praktycznie nie było czego odrabiać. Wynik 5:0 sprawił, że zarówno szkoleniowiec, jak i gracze „The Hornets” zaczęli zazdrościć własnym kibicom, którzy mogli opuścić stadion o dowolnej porze. Zamiast tego Quique Sánchez Flores starał się jak najbardziej schować na ławce trenerskiej. Nie udawało się, podobnie jak zawodnikom Watfordu postawić jakichkolwiek wymagań podopiecznym Pepa Guardioli. Skończyło się tylko(!) na 8:0, choć mogło znacznie wyżej.
– Zawodnicy mają bardzo złe wspomnienia z meczów przeciwko Manchesterowi City. Przed spotkaniem na konferencji prasowej jeden z was przypomniał mi o wynikach z City w ostatnich latach. To jak przepowiednia, która sprawia, że boisz się zagrać przeciwko Manchesterowi City. Teraz możemy tylko spróbować o tym zapomnieć – mówił po mecz Quique Sánchez Flores.
Zapomnieć o porażce podobnych rozmiarów może być jednak naprawdę trudno. Bardziej prawdopodobne, że Manchester City na dobre stanie się dla Watfordu tym, czym do niedawna Luis Suarez dla Norwich City. Sennym koszmarem, który stawał się rzeczywistością co kilka miesięcy. Lany poniedziałek Watford mimowolnie może obchodzić nawet trzy razy w roku.
1. Southampton – Leicester City 0:9
Nie fantastyczna dyspozycja Liverpoolu, lecz pozostanie na stanowisku Ralpha Hasenhüttla w październiku minionego roku było największą sensacją w Premier League. Nie można się dziwić, gdyż w dziesiątej serii spotkań na St Mary’s Stadium doszło do futbolowej katastrofy. Wynik rodem z hokeja, porażka na własnym terenie 0:9, mówi sam za siebie. Lany poniedziałek sympatykom Southampton na zawsze będzie się już kojarzył z piątkową nocą. To, że menedżer nie wyleciał po zakończeniu spotkania, pokazuje anielską wręcz cierpliwość włodarzy „The Saints” do Austriaka.
To wszystko z perspektywy Southampton. Z kolei dla Leicester City wyjazd na południe Anglii był pamiętnym balem, wręcz drugą studniówką z potężnymi fajerwerkami. Najlepiej bawili się Ayoze Perez oraz Jamie Vardy – zdobywcy hattricków w historycznym dla „The Foxes” spotkaniu. Było radośnie, było skutecznie, szybko i ogólnie rewelacyjnie. To wszystko przy akompaniamencie płaczu kibiców Southampton. Przegrać można zawsze, ale jednak nie w takich rozmiarach.
***
W obecnym sezonie Premier League zdarzały się także inne deklasacje. Lany poniedziałek urządzili sobie m.in. gracze Aston Villi podczas wyjazdowego spotkania na Carrow Road przeciwko Norwich City czy Leicester City w starciu z Newcastle United. Pogromy, baty są nieodłączną częścią futbolu. Nawet w Premier League, powszechnie uznawanej za jedną z najbardziej wyrównanych lig świata.
Podziwiam namiętne pociski w każdym artykule na Korone, no naprawde „wyżyny” dziennikarstwa! Ehhh
Dodaj komentarz
Choć lanie nieodłącznie kojarzy się z wodą, to w sferze sportu oznacza poniesienie sromotnej porażki. Przegraną w znacznych rozmiarach. Haniebną, która na długo zapada w pamięć zawodników, sztabu szkoleniowego i przede wszystkim kibiców. Podobnych przypadków nie brakowało w obecnym sezonie Premier League. Jedni bardziej, inni mniej, ale wstydzić może się wiele drużyn. Specjalnie na lany poniedziałek przedstawiamy subiektywny ranking największych pogromów w obecnej kampanii angielskiej ekstraklasy.
Pogrom, deklasacja, baty, lanie. Każde z wymienionych słów krótko, a zarazem treściwie, opisuje w futbolu identyczną sytuację. Spotkanie, w trakcie którego jeden zespół znacznie przeważał nad drugim, dobitnie potwierdzając dominację zdobyciem czasem nawet ośmiu bramek. Tak jak w obecnym sezonie Premier League, gdy Manchester City rozstrzelał na Etihad Stadium Watford. Bez litości aplikując rywalom więcej goli w trakcie regulaminowego czasu gry niż Korona Kielce przez piętnaście kolejek bieżącej kampanii PKO BP Ekstraklasy. Podobnych przypadków w obecnej edycji angielskiej ekstraklasy nie brakowało. Przedstawiamy nasz subiektywny ranking największych pogromów w nadal trwającej, choć wstrzymanej, edycji Premier League. Specjalnie na lany poniedziałek.
7. Tottenham Hotspur – Burnley 5:0
Obecny sezon nie dostarcza sympatykom „Spurs” wielu powodów do radości. Na początku grudnia jednak w najlepsze jeszcze trwał miesiąc miodowy Jose Mourinho na Tottenham Hotspur Stadium. Wydawało się, że wszystko idzie w dobrą stronę, nawet mimo porażki z Manchesterem United. Niepowodzenie podopieczni Portugalczyka powetowali sobie jednak z nawiązką w kolejnym spotkaniu, lany poniedziałek urządzając w szesnastej serii spotkań przeciwko Burnley. Rozegrali wtedy najlepszy mecz w dotychczasowej kadencji „The Special One” w północnym Londynie, już na początku rywalizacji pozbawiając przeciwników złudzeń.
Menedżerowie często powtarzają, że szybko stracona bramka ustawiła mecz. A co dopiero dwie? Po kapitalnym uderzeniu z dystansu Harry’ego Kane’a zaledwie cztery minuty później podbramkowe zamieszanie wykorzystał Lucas Moura. Nadal pozostało jednak 80 minut spotkania, a „Spurs” nie zamierzali przestać okładać rywali. Jeszcze w pierwszej połowie Son Heung-min otrzymał podanie przed własnym polem karnym, by następnie przebiec prawie całe boisko, mijając graczy Burnley niczym dzieci. Całą akcją kończąc trzecim trafieniem dla Tottenhamu Hotspur, które definitywnie rozstrzygnęło losy spotkania.
Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie – „Spurs” nadal siali popłoch w defensywie rywali, co zaowocowało kolejnymi dwoma trafieniami. Defensywa Burnley tego dnia ewidentnie została w autokarze. Wstyd, choć trochę mniejszy niż w przypadku zawodników West Hamu United.
Wspaniały obiekt, potężne wzmocnienia i klasowy menedżer, Manuel Pellegrini. Przepis na sukces? Wydawało się, że tak. West Ham United w bieżącej kampanii z powodzeniem miał powalczyć o miejsce gwarantujące grę w europejskich pucharach. Ambicji włodarzom „The Hammers” nikt nie mógł odmówić, lecz przynajmniej na papierze było to poparte odpowiednimi działaniami. Już w pierwszej serii spotkań nastąpił jednak lodowaty prysznic, choć przez długi czas leciała ciepła woda.
Manchester City co prawda raz za razem wjeżdżał w pole karne londyńczyków, lecz bez większego efektu. Wystarczył jednak moment nieuwagi Issy Diopa, by Gabriel Jesus jeszcze w pierwszej połowie rozpoczął strzelaninę na London Stadium. Późno, ale to wystarczyło, by skutecznie wyciągnąć sprzed własnego pola karnego głęboko broniący West Ham United. Więcej miejsca przed szesnastką rywali było wodą na młyn dla Kevina De Bruyne, który kapitalnymi podaniami nakręcał kolejne ataki gości. Z pracy Belga owoce czerpał przede wszystkim Raheem Sterling, który trzykrotnie pokonał Łukasza Fabiańskiego. Trafienie dołożył także Sergio Agüero, lecz z dyspozycji podopiecznych nie był do końca zadowolony Pep Guardiola.
– Nasz występ nie był doskonały. W pierwszej połowie byliśmy niechlujni w naszych poczynaniach, nie byliśmy precyzyjni. Ale to normalne. To był pierwszy mecz, początek o 12:30, nie mieliśmy naszego rytmu. Musimy [grać lepiej]. Ale to normalne, to pierwszy mecz – mówił na pomeczowej konferencji hiszpański menedżer.
Miało być dobrze, skończyło się jak zawsze. West Ham United sezon rozpoczął od dość traumatycznego przeżycia, szybko schodząc na ziemię. Boleśnie, choć lanie mogło być większe, gdyby „The Citizens” znajdowali się w formie, o czym przekonało się w obecnym sezonie jeszcze parę drużyn.
5. Liverpool – Everton 5:2
Grudniowa odsłona derbów Merseyside była kolejną szansą Evertonu na przełamanie serii niezadowalających rezultatów na Anfield Road. Tym większą, że spotkanie na ławce rezerwowych rozpoczęli Mohamed Salah oraz Roberto Firmino. Desygnowani do gry Divock Origi i Xherdan Shaqiri jednak z nawiązką wypełnili obowiązki nieobecnych na murawie gwiazd Liverpoolu. Wspomagani przez Sadio Mane razem z Senegalczykiem w pierwszej odsłonie spotkania czterokrotnie pokonali Jordana Pickforda. Brylował szczególnie Belg, który ośmieszał defensywę derbowych rywali, kapitalną techniką popisując się szczególnie przy drugiej bramce.
Everton co prawda odpowiedział jeszcze w pierwszej połowie, w drugiej dokładając następne trafienie, lecz to było za mało na świetnie dysponowanych gospodarzy. Dzieła zniszczenia już w końcowych minutach dopełnił natomiast Georginio Wijnaldum. Wynik 5:2 w derbowym starciu poszedł w świat, potwierdzając mistrzowskie aspiracje Liverpoolu.
4. Aston Villa – Manchester City 1:6
Życie beniaminka Premier League do łatwych nie należy. Szczególnie gdy po przeciwnej stronie boiska staje zespół dysponujący jedną z najlepszych linii ofensywnych świata – Manchester City. Podopieczni Pepa Guardioli to nie drużyna, która zadowala się zdobyciem trzech bramek. Gdy ma okazję, strzela, ile tylko może. Na nieszczęście dla rywali, o czym przekonał się już wspomniany wcześniej West Ham United. Przekonała się także Aston Villa. Spotkanie na Villa Park było świętem tylko dla gości. Dla gospodarzy za to porządnym laniem.
Od samego początku spotkania Manchester City zepchnął rywali do rozpaczliwej defensywy. Bramki zdobywane hurtem przez gości były tylko kwestią czasu. Do momentu gwizdka oznaczającego koniec pierwszej połowy wpadły już cztery. Przerwa zdecydowanie była jedynym pozytywnym czasem w tym meczu dla graczy Aston Villi. Tym bardziej że po wznowieniu Manchester City dołożył kolejne dwa trafienia.
Spotkanie zyskało jednak rozgłos głównie z powodu hattricka Sergio Agüero. Trzy bramki Argentyńczyka na Villa Park sprawiły, że snajper stał się najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Premier League. Tym samym na dobre zaciemniając fakt, że pod koniec rywalizacji beniaminek zdobył jednak honorowe trafienie z rzutu karnego. Troszeczkę zmniejszając rozmiar pogromu.
3. Leicester City – Liverpool 0:4
Prawdziwa weryfikacja mistrzowskich planów czekała „The Reds” w dziewiętnastej kolejce. Wyjazd na King Power Stadium miał dać ostateczną odpowiedź w kwestii rzeczywistej siły podopiecznych Jürgena Kloppa. Dał, jak najbardziej pozytywną. Na jedną deszczową noc w Leicester powrócił heavy metal w wykonaniu triumfatorów Ligi Mistrzów. Było szybko, było intensywnie. Zbyt szybko i zbyt intensywnie dla zawodników Brendana Rodgersa.
Od pierwszej minuty frontalne ataki Liverpoolu siały spustoszenie w szeregach bezradnych gospodarzy, jedynie z powodu słabej skuteczności sprawiając, że do przerwy goście prowadzili tylko jedną bramką. Po wznowieniu gry Liverpool jednak nie zwolnił, a nawet wrzucił wyższy bieg. Przy tak intensywnych atakach defensywa Leicester City musiała w końcu obrócić się w pył. Wystarczyło poczekać do 70. minuty. Kolejne trzy bramki dla lidera Premier League były najmniejszym wyrokiem kary.
– Liverpool był absolutnie wspaniały. Możemy być lepsi, znacznie lepsi. Zbyt łatwo traciliśmy piłkę dzisiejszego wieczoru. Kiedy dotarliśmy do połowy przeciwnika, nie utrzymywaliśmy się na niej zbyt długo z powodu pressingu rywali. Młodzi zawodnicy i cały mój zespół byli do tej pory fantastyczni, ale to oczywiście [negatywnie] odbiło się na ostatnich spotkaniach – komentował na pomeczowej konferencji Brendan Rodgers.
Nietrudno zgodzić się z Irlandczykiem z Północy, choć wypowiedź ubrał w ładne słowa. Na King Power Stadium grał tylko Liverpool. Leicester City pełniło jedynie rolę statystów w spektaklu podopiecznych Jürgena Kloppa. Podobnie jak sam Brendan Rodgers, który moknąc w deszczu, za bardzo nie wiedział, jak zmienić obraz gry. Przepisy pozwalają przecież na zrobienie tylko trzech zmian. Nie tylko deszcz zlał Leicester City. Na King Power Stadium Liverpool urządził lany poniedziałek na całego.
2. Manchester City – Watford 8:0
Bywają spotkania, w trakcie i po których trudno napisać coś pozytywnego o jednej z drużyn. A w przypadku Watfordu w starciu na Etihad Stadium? Na siłę warto docenić koszulki zespołu z Vicarage Road, które we wrześniowym słońcu prezentowały się naprawdę korzystnie, a na pewno lepiej niż zawodnicy „The Hornets”.
Po nieudanym starcie sezonu Quique Sánchez Flores na stanowisku menedżera Watfordu zastąpił Javiego Gracię. Roszada nie okazała się jednak dobrą zmianą. Wręcz przeciwnie, bo z wydarzeniami na Etihad Stadium Hiszpan będzie kojarzony do końca kariery. Gdy szkoleniowiec jeszcze dobrze nie usiadł, trzeba było odrabiać straty. Po kolejnych siedemnastu minutach już jednak praktycznie nie było czego odrabiać. Wynik 5:0 sprawił, że zarówno szkoleniowiec, jak i gracze „The Hornets” zaczęli zazdrościć własnym kibicom, którzy mogli opuścić stadion o dowolnej porze. Zamiast tego Quique Sánchez Flores starał się jak najbardziej schować na ławce trenerskiej. Nie udawało się, podobnie jak zawodnikom Watfordu postawić jakichkolwiek wymagań podopiecznym Pepa Guardioli. Skończyło się tylko(!) na 8:0, choć mogło znacznie wyżej.
– Zawodnicy mają bardzo złe wspomnienia z meczów przeciwko Manchesterowi City. Przed spotkaniem na konferencji prasowej jeden z was przypomniał mi o wynikach z City w ostatnich latach. To jak przepowiednia, która sprawia, że boisz się zagrać przeciwko Manchesterowi City. Teraz możemy tylko spróbować o tym zapomnieć – mówił po mecz Quique Sánchez Flores.
Zapomnieć o porażce podobnych rozmiarów może być jednak naprawdę trudno. Bardziej prawdopodobne, że Manchester City na dobre stanie się dla Watfordu tym, czym do niedawna Luis Suarez dla Norwich City. Sennym koszmarem, który stawał się rzeczywistością co kilka miesięcy. Lany poniedziałek Watford mimowolnie może obchodzić nawet trzy razy w roku.
1. Southampton – Leicester City 0:9
Nie fantastyczna dyspozycja Liverpoolu, lecz pozostanie na stanowisku Ralpha Hasenhüttla w październiku minionego roku było największą sensacją w Premier League. Nie można się dziwić, gdyż w dziesiątej serii spotkań na St Mary’s Stadium doszło do futbolowej katastrofy. Wynik rodem z hokeja, porażka na własnym terenie 0:9, mówi sam za siebie. Lany poniedziałek sympatykom Southampton na zawsze będzie się już kojarzył z piątkową nocą. To, że menedżer nie wyleciał po zakończeniu spotkania, pokazuje anielską wręcz cierpliwość włodarzy „The Saints” do Austriaka.
To wszystko z perspektywy Southampton. Z kolei dla Leicester City wyjazd na południe Anglii był pamiętnym balem, wręcz drugą studniówką z potężnymi fajerwerkami. Najlepiej bawili się Ayoze Perez oraz Jamie Vardy – zdobywcy hattricków w historycznym dla „The Foxes” spotkaniu. Było radośnie, było skutecznie, szybko i ogólnie rewelacyjnie. To wszystko przy akompaniamencie płaczu kibiców Southampton. Przegrać można zawsze, ale jednak nie w takich rozmiarach.
***
W obecnym sezonie Premier League zdarzały się także inne deklasacje. Lany poniedziałek urządzili sobie m.in. gracze Aston Villi podczas wyjazdowego spotkania na Carrow Road przeciwko Norwich City czy Leicester City w starciu z Newcastle United. Pogromy, baty są nieodłączną częścią futbolu. Nawet w Premier League, powszechnie uznawanej za jedną z najbardziej wyrównanych lig świata.