W sobotnie popołudnie Korona Kielce pokonała Lechię Gdańsk 2:1. Oba zespoły podtrzymały swoje passy. Lechia poniosła czwartą porażkę z rzędu, a Korona odniosła trzecie, kolejne zwycięstwo.
Mecz zapowiadany był jako spotkanie drużyn z końca tabeli. Lechia Gdańsk, która wciąż szuka formy, podejmowała Koronę Kielce – zespół, który nie po tragicznym początku sezonu gra coraz lepiej. Sobotnie spotkanie miało być przełomem dla Lechii Gdańsk, która od 11. kolejki jest bez zwycięstwa w TME. Zapowiadało się bardzo ciekawie i chyba nikt nie ma prawa czuć się zawiedziony.
Spotkanie rozpoczęło się od bardzo groźnych ataków gospodarzy. Początek napawał optymizmem kibiców Lechii Gdańsk, jednakże stwarzane sytuacje nie znalazły odzwierciedlenia na tablicy wyników. Znana z ogromnej ambicji Korona potrzebowała trochę czasu, żeby poczuć klimat panujący na Pomorzu i przyzwyczaić się do niego. Momentami panował wielki chaos, ale od czego jest sprowadzony gwiazdor – Olivier Kapo? Francuz nadawał ton grze „Żółto-Krwistych”, a w 26. minucie spotkania po udanym i widowiskowym dryblingu Przemysława Trytko, który podał do Kapo – ten zdobył precyzyjnym strzałem bramkę.
Lechia była chaotyczna i popełniała proste błędy. Korona mądrze realizowała założenia taktyczne Ryszarda Tarasiewicza i nie czuła najmniejszej presji. Lechia miała jeszcze trochę czasu na wyrównanie rezultatu, ale zbytnio nie wiedziała, jak tej sztuki dokonać. Trener Lechii Unton rozgrywał własny mecz przy linii bocznej. Reagował ostro na boiskowe wydarzenia – widać, że czuje oddech na karku władz klubu, którym coraz mniej podoba się postawa Lechii w lidze. Kibicom szczególnie nie spodobało się zaangażowanie, z jakim do meczu podeszli ich pupile. W kilku ostrych słowach domagali się zmiany postawy i wygrania tego meczu. Jednak w końcówce spotkania to goście ukarali gospodarzy. Piękne podanie Kamila Sylwestrzaka wykorzystał Jovanović, który popisał się szczupakiem.
Drugie 45 minut lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy wyraźnie złapali wiatr w żagle. Korona przygasła, nie była już tak aktywna i groźna jak w pierwszej odsłonie. Chaosu było mniej, co nie znaczy, że nie było go w ogóle. Mimo wyraźnej przewagi gospodarzy bramki nie chciały padać. Im bliżej końca, tym gra była coraz bardziej nerwowa. Mecz nieco przypominał rugby. Lag i groźnych starć nie brakowało do ostatnich minut. Bramkarz Korony w swojej bramce dawał świetny pokaz umiejętności – napastnicy Lechii mogli być sfrustrowani, oglądając parady tego zawodnika. Niestrudzeni piłkarze obu ekip starali się zdobyć bramkę, która jednym da nadzieję, drugim – pewne zwycięstwo. Arbiter spotkania doliczył aż trzy minuty do regulaminowego czasu gry, a w ostatniej sekundzie bramkę na pocieszenie zdobył Antonio Colak. Lechia ponosi kolejną porażkę, Korona znowu triumfuje.
„Biało-zielonych” żegnały gwizdy. W grze Lechii brakowało zaangażowania i pomysłu. Jak długo Tomasz Unton poprowadzi zespół z Gdańska? Zapewne dowiemy się niebawem. Ryszard Tarasiewicz może być zadowolony, bo po tragicznym początku sezonu Korona wjechała na właściwe tory.











