Korona Kielce powoli wyrasta na rewelację rundy jesiennej rozgrywek T-Mobile Ekstraklasy. Tym razem kielczanie rozprawili się z Lechią Gdańsk, a zwycięską bramkę strzelił Jacek Kiełb. Ta wygrana pozwoliła kielczanom wskoczyć na pierwsze miejsce w tabeli.

Na pierwszego gola nie musieliśmy zbyt długo czekać. Już w 9. minucie po akcji Macieja Korzyma Jacek Kieb uderzył mocno zza linii pola karnego i golkiper Lechii musiał wyciągać piłkę z siatki. Ten gol wyraźnie ustawił mecz, lechiści musieli atakować, a kielczanie ograniczali się do kontrataku, co wychodziło im bardzo dobrze. Dysponujący znakomitą szybkością Michał Zieliński był skuteczną bronią przeciwko wysuniętej linii defensywnej gdańszczan, lecz w dwóch sytuacjach zabrakło mu szczęścia, a może intuicji rasowego snajpera, by podwyższyć wynik na 2:0.
W końcowych minutach pierwszej połowy doszło do wydarzenia, o którym chcielibyśmy najszybciej zapomnieć. Na boisku rozpoczęła się bijatyka, w efekcie której sędzia pokazał aż cztery żółte kartki. Po chwili emocje opadły i arbiter gwizdnął po raz ostatni, pozwalając piłkarzom ochłonąć w szatni.

O ile pierwsza połowa mogła być atrakcyjna nawet dla nieco wybredniejszych kibiców, to druga rozczarowała. Na początku sygnał do ataku dał Korzym, który mocnym strzałem nastraszył fanów gości, jednak na strachu się skończyło, bo piłka poszybowała obok bramki.
Z czasem robiło się coraz ciekawiej. Lechia szukała szansy na zdobycie gola i wydawało się, że w końcu dopnie swego, lecz to kielczanie stwarzali sobie kolejne stuprocentowe okazje. Gdyby nie brak zdecydowania Artura Lenartowskiego, mecz byłby już rozstrzygnięty i w ostatnich sekundach serce trenera Korony pracowałoby na znacznie wolniejszych obrotach. Nerwy ponosiły też piłkarzy, a szczególnie Vytautasa Andriuskieviciusa, który za brzydki faul został wyrzucony z boiska.











