Pogromem zakończyło się sobotnie spotkanie 1. Bundesligi między Bayernem a Schalke 04. Gospodarze okazali się wyraźnie lepsi i końcowy wynik 4:0 stanowił zdecydowanie najmniejszy wymiar kary dla gości.
Atmosferę piłkarskiego święta dało się wyczuć na długo przed rozpoczęciem meczu. Kiedy koło 11:00 wybraliśmy się na spacer po stolicy Bawarii, już na pierwszym skrzyżowaniu zaraz przy dworcu głównym spotkaliśmy wesołą grupkę fanów Schalke. Za nimi podążali kibice Bayernu, ale – chociaż obie ekipy za sobą nie przepadają – atmosfera nie była zbyt napięta i obyło się bez incydentów. Później jeszcze wielokrotnie mijaliśmy sympatyków obu drużyn, wyraźnie zadowolonych z jakości monachijskiego piwa.
Sam dojazd na Allianz Arena już na ponad dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania nie należał do najprzyjemniejszych. Kibice dosiadali się w zasadzie na każdym kolejnym przystanku, począwszy od Marienplatz, a w metrze panował spory ścisk. Komu jednak było duszno, ten już wkrótce mógł się dotlenić. Stacja końcowa, na której wysiadają wszyscy udający się na mecze Bayernu, oddalona jest od samego obiektu o blisko kilometr, toteż chcąc nie chcąc, jest się skazanym na długa pieszą wędrówkę. Dla niektórych zresztą stanowi ona ukojenie, wypite hektolitry piwa szybko dają bowiem o sobie znać w kłopotliwy sposób i rozpoczyna się rozpaczliwa pogoń w poszukiwaniu toalety. Tych jednak na trasie do stadionu nie uświadczono, więc dojście do Allianz Arena „umilały” widoki panów załatwiających swoje potrzeby na 3-stopniowym mrozie.
Po odebraniu akredytacji udaliśmy się do pokoju pracy dla mediów, w którym akurat puszczano skrót z meczu Borussii z Hamburgiem. Z ciekawością poznaliśmy opinię bawarskich dziennikarzy na temat czerwonej kartki pokazanej Robertowi Lewandowskiemu. Wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że faul był brutalny, a kara dla Polaka całkowicie zasłużona. Nie wiadomo, czy to antypatia do BVB, które jest największym rywalem monachijczyków, czy może niechęć do przyjścia „Lewego” spowodowana posiadaniem w kadrze wielu renomowanych atakujących. Fakty są jednak takie, że transfer polskiego napastnika do drużyny trenowanej od nowego sezonu przez Pepa Guardiola to w tym momencie zdecydowany numer jeden w niemieckich mediach sportowych.
Samo spotkanie nie dostarczyło zbyt wielu emocji, od pierwszego gwizdka sędziego przygniatającą przewagę miał bowiem Bayern. Ciekawiej było za to na trybunach, gdzie akustycznie zdecydowanie dominowali przyjezdni. Kibice gospodarzy ożywiali się głównie po strzelonych bramkach, a na największe uznanie swoich sympatyków zasłużył Davida Alaba, zdobywca dwóch trafień dla monachijczyków.
Po meczu najbardziej rozchwytywany przez dziennikarzy w strefie mieszanej był Mario Gomez. Nic dziwnego, Niemiec bowiem niespodziewanie zastąpił w wyjściowym składzie lidera strzelców Bundesligi – Mario Mandzukicia. Gomez otrzymał nawet indywidualne pochwały od samego Juppa Heynckesa, który na konferencji prasowej podkreślił, że według niego mimo słabszej ostatnio postawy ciągle należy do czołowych graczy na świecie na swojej pozycji. Sam Gomez po meczu irytował się na pytania dziennikarzy dotyczące ewentualnego przyjścia Roberta Lewandowskiego. Czyżby reprezentant Niemiec czuł oddech Polaka na plecach i powoli szykował się do zmiany klubu?








