Mecz Jagiellonii z Ruchem był jak wyborne ciastko z najlepszej cukierni. Otoczone z dwóch stron delikatnym ciastem (spokojny kwadrans na początek i wyciszający na koniec), a w środku prawdziwy creme de la creme i sześć goli. Do tego soczysta wisienka, którą był magik – Dani Quintana, który strzelił dwa gole i zaliczył trzy asysty.

Pierwszy kwadrans nie zapowiadał takiego show, jakie mieliśmy okazję obejrzeć później. Po 15 minutach sennej gry obudził nas Gajos, który huknął z powietrza sprzed linii pola karnego, ale Kamiński popisał się równie efektowną interwencją i uchronił swój zespół przed startą bramki. Zgoła inaczej zachował się golkiper gości trzy minuty późnej. Bramka – kuriozum. Mati, to jest kabaret – powiedziałby w swoim stylu o tej sytuacji Roman Kołtoń. Dobrze obsłużony przez Plizge Strauss wbiega w pole karne, płaskim strzałem w dziwny sposób broni Kamiński, ale futbolówka nadal leci do bramki. Teraz zaczyna się kolejny odcinek z serii „Piłkarskie jaja” – Stawarczyk z całej siły wykopuje piłkę, ta trafia w Kamińskiego, a wszystko kończy Mateusz Piątkowski, który zamyka akcję strzałem z najbliższej odległości. Minęło 60 sekund, a na tablicy wyników było już 2:0. FE-NO-ME-NAL-NY rajd Daniego Quitany zakończony efektowną podcinką nad Kamińskim. Cud, miód i orzeszki. Dopiero po pół godzinie gry obudził się Ruch. Najpierw Starzyńskiego uprzedził Pazdan, później sam Starzyński minimalnie chybił z dużej odległości, a na koniec Włodyka pięknie huknął z daleka, ale piłka spadła na poprzeczkę bramki Słowika. Tuż przed przerwą „Niebiescy” mogli strzelić upragnioną kontaktową bramkę, ale Słowik w ostatnim momencie wygarnął piłkę Janoszce. Po świetnej, energicznej i żywej pierwszej połowie czekaliśmy z zapartym tchem na równie emocjonującą drugą część meczu.
Wyszli na boisko, sędzia gwizdnął, a Quintana znów błyszczał. Potrzebował zaledwie pięć minut, by znowu nas zachwycić. Tym razem inny repertuar z bogatego zasobu pięknych zagrań Hiszpana: 18. metr plus bierność przeciwników plus lewa noga plus techniczny strzał przy słupku. Wynik tego dodawania jest prosty – w Białymstoku już 3:0. Ale cztery minuty później gospodarze podwyższają prowadzenie. Piątkowski klatką piersiową do hiszpańskiego maga, ten wypuszcza w bój Gajosa, a pomocnik Jagi wygrywa pojedynek z Kamińskim. Jeśli ktoś myślał, że podopieczni Piotra Stokowca przestaną nadawać ton, to chyba za bardzo wierzył w litość białostoczan nad beznadziejną linią defensywną „Niebieskich”. Równo z wybiciem 60. minuty Dani Quintana mógł upolować hat tricka, ale jego mierzone uderzenie zza pola karnego było minimalnie niecelne. Hiszpan chwilę później pokazał (który to już raz?) klasę – idealne podanie w uliczkę do Balaja, a wprowadzony chwilę wcześniej napastnik płaskim strzałem w długi róg zdobywa swojego czwartego gola w lidze. Ostatecznie mecz uspokoił się i oglądaliśmy, zamknięty ładną klamrą, tak jak i na początku, tak i na końcu spotkania, kwadrans spokojnej gry. W ostatniej minucie dzieło zniszczenia dokończył Balaj, który strzela szóstą bramkę w meczu po podaniu… Chyba nie trzeba mówić czyim?











