Kibice w Polsce jeszcze nie doszli do siebie po wielkich emocjach związanych z derbami Łodzi, a już odczuwają gorączkę związaną z Wielkimi Derbami Śląska. Pojedynek między Górnikiem Zabrze i Ruchem Chorzów jest ligowym klasykiem z wielu powodów, m.in. dlatego, że obie ekipy mają po 14 tytułów mistrza Polski. Ogromne emocje odczuwa również były snajper Górnika Zabrze, Adam Kompała, który udzielił wywiadu oficjalnej stronie klubowej.
Derby w latach 80. oglądał Pan jako kibic?
Oczywiście. Nie pamiętam jednak, które były pierwsze. W każdym razie jeździliśmy z ojcem nie tylko na te do Zabrza, ale i do Chorzowa. Tata jako górnik dostawał z kopalni karnet, więc byliśmy nie tylko na wszystkich derbach, ale i na pozostałych spotkaniach.
W trampkarzach, juniorach miał Pan okazję występować przeciwko rówieśnikom z Chorzowa?
Tak, i z tego, co pamiętam, w moim roczniku zawsze radziliśmy sobie z nimi bardzo dobrze.
Spotkał się Pan potem z nimi na boiskach ligowych?
Szczerze powiem, że z tych zawodników, przeciwko którym ja grałem, mało kto zaistniał w lidze. Częściej spotykałem ich później, już na boiskach niższych klas.
Pamięta Pan swoje pierwsze WDŚ?
Tyle tych meczów było, że już nie pamiętam dokładnie.
To był 14 listopada 1998 roku. W Zabrzu Górnik wygrał 2:0 po bramkach Piotra Gierczaka i Piotra Rockiego. W takim razie może któreś z pozostałych spotkań z Ruchem szczególnie zapadło Panu w pamięć?
Najlepiej pamięta się mecze wygrane, tak że na pewno zapadło mi w pamięci zwycięstwo 4:1 (29 lipca 2000 r. w Zabrzu – przyp. red.). Strzeliłem wtedy dwie bramki z rzutów karnych, zaliczyłem asystę. Mimo że przegrywaliśmy 0:1, to od początku wiedziałem, że wygramy. Byliśmy wtedy zdecydowanie lepszym zespołem od Ruchu.
To był chyba najlepszy mecz w najnowszej historii derbów…
Dla Górnika na pewno, a mogliśmy wygrać jeszcze wyżej. Choć muszę powiedzieć, że do derbów, które odbywały się później na Stadionie Śląskim, żadnego innego spotkania nie można porównać. Oglądałem je jako kibic i mogłem tylko żałować, że za moich czasów chodziło na mecze tak mało ludzi. Aż chciało się wtedy wyjść na boisko…
Chociażby wspomniany przez Pana wygrany 4:1 mecz oglądało tylko niewiele ponad 3000 kibiców. Trzeba jednak dodać, że wynikało to z kary za zamieszki na trybunach w poprzednich derbach…
Ogólnie na mecze przychodziło wtedy bardzo mało kibiców. Może na Legii było ich trochę więcej. Moda na kibicowanie, chodzenie na mecze przyszła dopiero później.
Piłkarzom brakowało dopingu?
Czy piłkarze Górnika będą mogli cieszyć się ze zwycięstwa w WDŚ? (fot. Rafał Rusek / iGol.pl)
Czy było 3000, czy 6000 to zawsze była grupa, która nas dopingowała. Oprócz tego przychodzili oczywiście tacy kibice, jak mój ojciec, którzy pamiętali lata 70., 80., czasem i 60. Po porażkach obelgi się zdarzały. Wszystko poszło jednak później w stronę Zachodu. Doping stał się o wiele lepszy, a frekwencja zdecydowanie wyższa.
W maju 2000 r. przeżył Pan jedną z trzech porażek Górnika na własnym stadionie. Wtedy też doszło do kuriozalnej sytuacji z sędzią Stanisławem Żyjewskim w roli głównej.
Faktycznie, piłkarze skopali sędziego. Ruch grał wtedy bardzo dobrze, walczył o europejskie puchary, myśmy natomiast bronili się przed spadkiem. W tym spotkaniu też nie wiodło nam się najlepiej, Ruch prowadził 1:0. Michał Probierz nie był faulowany, zawodnik Ruchu czysto wybił piłkę, ale sędzia podyktował rzut karny. Piłkarze Ruchu rzucili się na sędziego. Później on wyparł się wszystkiego, nie wiem dlaczego.
Po podyktowaniu rzutu karnego na trybunach rozpętała się wojna kibiców…
Wtedy tak naprawdę było to na porządku dziennym, więc byliśmy trochę przyzwyczajeni. Na szczęście kibice dojrzeli i zrozumieli, że na stadionach nie wypada się bić.
Jako piłkarza Górnika spotkały Pana kiedyś jakieś nieprzyjemności ze strony kibiców Ruchu?
Nie, nie… Zawodników to raczej nie dotyczyło. Najpierw mieszkałem w Bielszowicach, gdzie panował Górnik, później w Kochłowicach, gdzie dominował Ruch, ale nigdy nie spotkały mnie żadne nieprzyjemności. Może ktoś po procentach coś krzyknął, ale bardzo rzadko.
W sezonie 1999/2000 walczyliście o utrzymanie, a Pan zdobył tytuł króla strzelców…
Jesienią mieliśmy bardzo silny skład. Takiej ekipy Górnik już dawno nie miał. Graliśmy wtedy w całkiem innym ustawieniu taktycznym niż cała liga, jednak za niewielkie pieniądze, co musiało się odbić na zespole. Odszedł Kamil Kosowski. Odszedł Darek Dźwigała, kapitan z prawdziwego zdarzenia, który rządził na boisku, rządził w szatni i grał świetnie. Na tydzień przed rundą wiosenną do Wisły Kraków odszedł Grzesiu Lekki. Nie było już Piotrka Rockiego. Posypał się skład, a nowi zawodnicy nie potrafili ich zastąpić. Przegrywaliśmy mecz za meczem. Nastrzelałem bramek przede wszystkim dzięki kolegom. Miałem też to szczęście, że Tomek Frankowski nie zawsze wtedy znajdował uznanie w oczach trenera Marka Kusto, później złapał też kontuzję i… stało się.
Nie było pieniędzy, ale była atmosfera…
A może w pojedynku czternastokrotnych mistrzów Polski górą będą chorzowianie? (fot. Rafał Rusek / iGol.pl)
Może nie wskoczylibyśmy za sobą w ogień, ale naprawdę tworzyliśmy zgraną ekipę. Kiedy czasami szliśmy na piwo, to kelnerka aż miała problem, żeby policzyć te drobne, które jej wysypywaliśmy. Zawsze kończyło się na jednym czy dwóch, ale ważne było to, że zawsze szło nas jedenastu, dwunastu. Nikt nie dał też powiedzieć na któregokolwiek z kolegów złego słowa czy to na boisku, czy to w szatni. Nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy Górnik to była dla nas świętość.
Zdarzały się jakieś ekstrapremie za wygrane z Ruchem?
Na początku zdarzały się, później już nie.
Żałowaliście, że kiedy nastąpiła reorganizacja ligi w sezonie 2001/2002, nie trafiliście na Ruch?
Kibice mogą się nienawidzić, ale ja bardzo żałowałem. Ogólnie szkoda, że teraz w ekstraklasie nie gra więcej śląskich drużyn, jak na przykład GKS Katowice czy Polonia Bytom.
Jak traktowaliście w szatni Michała Probierza czy Piotra Lecha, którzy grali wcześniej w Ruchu Chorzów? Były jakieś złośliwości?
Nie. Kiedy wróciłem do Zabrza, Michał był wiodącą postacią. Zresztą bardzo lubię też Marcina Baszczyńskiego czy Krzysia Bizackiego. Wśród piłkarzy nie było animozji.
Kiedy trenerem Górnika został Waldemar Fornalik, również nie był to dla Was żaden problem?
Mimo, że jest to chorzowianin z krwi i kości, to był to nasz trener, zresztą bardzo dobry. Wiele się od niego nauczyłem. Był to mój ostatni trener w ekstraklasie. Cieszę się, że miałem okazję z nim pracować, bo dużo mu zawdzięczam.
Wybiera się Pan na najbliższe derby?
Stadion jest w przebudowie, więc mecz obejrzę w telewizji.
Z wynikami Górnika z pewnością jest Pan na bieżąco?
Śledzę poczynania Górnika, bez znaczenia, czy gra w piątki, czy w poniedziałki. Mam z tego powodu trochę przechlapane u żony.
Ewentualna wygrana w derbach pozwoli zrehabilitować się piłkarzom w oczach kibiców za ostatnie słabe występy?
Na pewno jest to ważny mecz dla kibiców, nie wiem jak dla zawodników. Dla Adama Banasia na pewno, bo dobrze się znamy. Górnik potrzebuje punktów, bo strefa spadkowa niebezpiecznie się zbliża i można się zakopać w walce o utrzymanie. Ruch z kolei gra ostatnio bardzo dobrze, nawet w tym przegranym meczu z Legią. Górnik jednak jest gospodarzem tego spotkania i musi wygrać.
Z którymś z obecnych zawodników, prócz Adama Banasia, utrzymuje Pan jeszcze kontakt?
Z Piotrkiem Gierczakiem czasem się spotkamy, częściej jednak dzwonimy do siebie. Od dłuższego czasu umawiamy się na kawę…
Kibice w Polsce jeszcze nie doszli do siebie po wielkich emocjach związanych z derbami Łodzi, a już odczuwają gorączkę związaną z Wielkimi Derbami Śląska. Pojedynek między Górnikiem Zabrze i Ruchem Chorzów jest ligowym klasykiem z wielu powodów, m.in. dlatego, że obie ekipy mają po 14 tytułów mistrza Polski. Ogromne emocje odczuwa również były snajper Górnika Zabrze, Adam Kompała, który udzielił wywiadu oficjalnej stronie klubowej.
Derby w latach 80. oglądał Pan jako kibic?
Oczywiście. Nie pamiętam jednak, które były pierwsze. W każdym razie jeździliśmy z ojcem nie tylko na te do Zabrza, ale i do Chorzowa. Tata jako górnik dostawał z kopalni karnet, więc byliśmy nie tylko na wszystkich derbach, ale i na pozostałych spotkaniach.
W trampkarzach, juniorach miał Pan okazję występować przeciwko rówieśnikom z Chorzowa?
Tak, i z tego, co pamiętam, w moim roczniku zawsze radziliśmy sobie z nimi bardzo dobrze.
Spotkał się Pan potem z nimi na boiskach ligowych?
Szczerze powiem, że z tych zawodników, przeciwko którym ja grałem, mało kto zaistniał w lidze. Częściej spotykałem ich później, już na boiskach niższych klas.
Pamięta Pan swoje pierwsze WDŚ?
Tyle tych meczów było, że już nie pamiętam dokładnie.
To był 14 listopada 1998 roku. W Zabrzu Górnik wygrał 2:0 po bramkach Piotra Gierczaka i Piotra Rockiego. W takim razie może któreś z pozostałych spotkań z Ruchem szczególnie zapadło Panu w pamięć?
Najlepiej pamięta się mecze wygrane, tak że na pewno zapadło mi w pamięci zwycięstwo 4:1 (29 lipca 2000 r. w Zabrzu – przyp. red.). Strzeliłem wtedy dwie bramki z rzutów karnych, zaliczyłem asystę. Mimo że przegrywaliśmy 0:1, to od początku wiedziałem, że wygramy. Byliśmy wtedy zdecydowanie lepszym zespołem od Ruchu.
To był chyba najlepszy mecz w najnowszej historii derbów…
Dla Górnika na pewno, a mogliśmy wygrać jeszcze wyżej. Choć muszę powiedzieć, że do derbów, które odbywały się później na Stadionie Śląskim, żadnego innego spotkania nie można porównać. Oglądałem je jako kibic i mogłem tylko żałować, że za moich czasów chodziło na mecze tak mało ludzi. Aż chciało się wtedy wyjść na boisko…
Chociażby wspomniany przez Pana wygrany 4:1 mecz oglądało tylko niewiele ponad 3000 kibiców. Trzeba jednak dodać, że wynikało to z kary za zamieszki na trybunach w poprzednich derbach…
Ogólnie na mecze przychodziło wtedy bardzo mało kibiców. Może na Legii było ich trochę więcej. Moda na kibicowanie, chodzenie na mecze przyszła dopiero później.
Piłkarzom brakowało dopingu?
Czy piłkarze Górnika będą mogli cieszyć się ze zwycięstwa w WDŚ? (fot. Rafał Rusek / iGol.pl)
Czy było 3000, czy 6000 to zawsze była grupa, która nas dopingowała. Oprócz tego przychodzili oczywiście tacy kibice, jak mój ojciec, którzy pamiętali lata 70., 80., czasem i 60. Po porażkach obelgi się zdarzały. Wszystko poszło jednak później w stronę Zachodu. Doping stał się o wiele lepszy, a frekwencja zdecydowanie wyższa.
W maju 2000 r. przeżył Pan jedną z trzech porażek Górnika na własnym stadionie. Wtedy też doszło do kuriozalnej sytuacji z sędzią Stanisławem Żyjewskim w roli głównej.
Faktycznie, piłkarze skopali sędziego. Ruch grał wtedy bardzo dobrze, walczył o europejskie puchary, myśmy natomiast bronili się przed spadkiem. W tym spotkaniu też nie wiodło nam się najlepiej, Ruch prowadził 1:0. Michał Probierz nie był faulowany, zawodnik Ruchu czysto wybił piłkę, ale sędzia podyktował rzut karny. Piłkarze Ruchu rzucili się na sędziego. Później on wyparł się wszystkiego, nie wiem dlaczego.
Po podyktowaniu rzutu karnego na trybunach rozpętała się wojna kibiców…
Wtedy tak naprawdę było to na porządku dziennym, więc byliśmy trochę przyzwyczajeni. Na szczęście kibice dojrzeli i zrozumieli, że na stadionach nie wypada się bić.
Jako piłkarza Górnika spotkały Pana kiedyś jakieś nieprzyjemności ze strony kibiców Ruchu?
Nie, nie… Zawodników to raczej nie dotyczyło. Najpierw mieszkałem w Bielszowicach, gdzie panował Górnik, później w Kochłowicach, gdzie dominował Ruch, ale nigdy nie spotkały mnie żadne nieprzyjemności. Może ktoś po procentach coś krzyknął, ale bardzo rzadko.
W sezonie 1999/2000 walczyliście o utrzymanie, a Pan zdobył tytuł króla strzelców…
Jesienią mieliśmy bardzo silny skład. Takiej ekipy Górnik już dawno nie miał. Graliśmy wtedy w całkiem innym ustawieniu taktycznym niż cała liga, jednak za niewielkie pieniądze, co musiało się odbić na zespole. Odszedł Kamil Kosowski. Odszedł Darek Dźwigała, kapitan z prawdziwego zdarzenia, który rządził na boisku, rządził w szatni i grał świetnie. Na tydzień przed rundą wiosenną do Wisły Kraków odszedł Grzesiu Lekki. Nie było już Piotrka Rockiego. Posypał się skład, a nowi zawodnicy nie potrafili ich zastąpić. Przegrywaliśmy mecz za meczem. Nastrzelałem bramek przede wszystkim dzięki kolegom. Miałem też to szczęście, że Tomek Frankowski nie zawsze wtedy znajdował uznanie w oczach trenera Marka Kusto, później złapał też kontuzję i… stało się.
Nie było pieniędzy, ale była atmosfera…
A może w pojedynku czternastokrotnych mistrzów Polski górą będą chorzowianie? (fot. Rafał Rusek / iGol.pl)
Może nie wskoczylibyśmy za sobą w ogień, ale naprawdę tworzyliśmy zgraną ekipę. Kiedy czasami szliśmy na piwo, to kelnerka aż miała problem, żeby policzyć te drobne, które jej wysypywaliśmy. Zawsze kończyło się na jednym czy dwóch, ale ważne było to, że zawsze szło nas jedenastu, dwunastu. Nikt nie dał też powiedzieć na któregokolwiek z kolegów złego słowa czy to na boisku, czy to w szatni. Nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy Górnik to była dla nas świętość.
Zdarzały się jakieś ekstrapremie za wygrane z Ruchem?
Na początku zdarzały się, później już nie.
Żałowaliście, że kiedy nastąpiła reorganizacja ligi w sezonie 2001/2002, nie trafiliście na Ruch?
Kibice mogą się nienawidzić, ale ja bardzo żałowałem. Ogólnie szkoda, że teraz w ekstraklasie nie gra więcej śląskich drużyn, jak na przykład GKS Katowice czy Polonia Bytom.
Jak traktowaliście w szatni Michała Probierza czy Piotra Lecha, którzy grali wcześniej w Ruchu Chorzów? Były jakieś złośliwości?
Nie. Kiedy wróciłem do Zabrza, Michał był wiodącą postacią. Zresztą bardzo lubię też Marcina Baszczyńskiego czy Krzysia Bizackiego. Wśród piłkarzy nie było animozji.
Kiedy trenerem Górnika został Waldemar Fornalik, również nie był to dla Was żaden problem?
Mimo, że jest to chorzowianin z krwi i kości, to był to nasz trener, zresztą bardzo dobry. Wiele się od niego nauczyłem. Był to mój ostatni trener w ekstraklasie. Cieszę się, że miałem okazję z nim pracować, bo dużo mu zawdzięczam.
Wybiera się Pan na najbliższe derby?
Stadion jest w przebudowie, więc mecz obejrzę w telewizji.
Z wynikami Górnika z pewnością jest Pan na bieżąco?
Śledzę poczynania Górnika, bez znaczenia, czy gra w piątki, czy w poniedziałki. Mam z tego powodu trochę przechlapane u żony.
Ewentualna wygrana w derbach pozwoli zrehabilitować się piłkarzom w oczach kibiców za ostatnie słabe występy?
Na pewno jest to ważny mecz dla kibiców, nie wiem jak dla zawodników. Dla Adama Banasia na pewno, bo dobrze się znamy. Górnik potrzebuje punktów, bo strefa spadkowa niebezpiecznie się zbliża i można się zakopać w walce o utrzymanie. Ruch z kolei gra ostatnio bardzo dobrze, nawet w tym przegranym meczu z Legią. Górnik jednak jest gospodarzem tego spotkania i musi wygrać.
Z którymś z obecnych zawodników, prócz Adama Banasia, utrzymuje Pan jeszcze kontakt?
Z Piotrkiem Gierczakiem czasem się spotkamy, częściej jednak dzwonimy do siebie. Od dłuższego czasu umawiamy się na kawę…