Manchester City i Tottenham Hotspur Londyn wzbogacili się o kolejne trzy punkty. „The Citizens” pokonali na swoim stadionie 1:0 Blackpool, natomiast „Koguty” takim samym wynikiem zwyciężyli zespół Fulham.
Manchester City – Blackpool 1:0

Blackpool do tej pory całkiem nieźle radził sobie w rozgrywkach Premiership. Dziewiąte miejsce w tabeli można uznać za dobry wynik, zwłaszcza, że przed sezonem mówiło się, o nim jako o jednym z kandydatów do spadku. Jednak Manchester City to w tej chwili druga siła w Anglii i trudno było gościom zachować przed tym spotkaniem optymizm. Na początku meczu różnice klas nie były aż tak widoczne. Oba zespoły grały jak równy z równym, w ekipie gości wyróżniał się Charlie Adam, natomiast pierwsze skrzypce w zespole Roberto Manciniego grał David Silva. Żaden z nich nie zdołał jednak strzelić gola, za to Hiszpana z tej roli wyręczył Adam Johnson. Angielski pomocnik wykorzystał brak zdecydowania defensorów rywali po rzucie rożnym i celnym strzałem wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Kilka chwil później powinno być już 2:0. W polu karnym był faulowany Yaya Toure, jednak Carlos Tevez nie wykorzystał znakomitej okazji na podwyższenie wyniku.
W drugiej połowie inicjatywa należała do City. Wciąż aktywny był Silva, który niespodziewanie został zmieniony w 63. minucie przez Jamesa Milnera. Bardzo pracowity był jak zwykle Tevez, ale piłka pod bramką rywali nie chciała go dziś słuchać. W ostatniej części meczu Blackpool ruszyło do desperackich ataków, lecz były one zbyt chaotyczne, żeby zaskoczyć defensywę Manchesteru, a przede wszystkim dobrze interweniującego Joego Harta.
Tottenham – Fulham 1:0

Zespół Tottenhamu wciąż liczy się w walce o najwyższe cele w angielskiej Premiership. Rok 2011 może się okazać dla tego zespołu przełomowy, nic więc dziwnego, że popularne „Koguty” za wszelką cenę chciały dopisać do swojego dorobku trzy punkty. Fulham w tym sezonie nie zachwyca, czego dowodzi 18. miejsce w tabeli, jednak w tym spotkaniu londyńczycy łatwo sprzedać skóry nie zamierzali. Bronili się dzielnie przez 40 minut, jednak wobec szarży niesamowitego Garretha Bale’a byli bezradni.











