W niedzielę najważniejsza zagadka ligi rosyjskiej sezonu 2010 została rozwiązana. Tytuł mistrzowski po trzech latach przerwy wrócił do Zenitu Sankt Petersburg. Jednak prawdziwa walka dla drużyny z północnej stolicy dopiero się zaczęła. Dopiero w następnym sezonie przekonamy się, jaka jest faktyczna siła triumfatora rozgrywek piłkarskich w największym kraju świata.

Choć do końca sezonu w Premier Lidze pozostały już dwie kolejki, mistrz już został poznany. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i stwierdzić, że zawodnicy Zenitu na ten tytuł jak najbardziej zasłużyli. Przez zdecydowaną większość sezonu imponowali formą i skutecznością. Potrafili odnosić bardzo wysokie zwycięstwa, jak ostatnie 5:0 z Rostowem czy wcześniejsze 6:1 z Saturnem. Na przełomie rund wygrali osiem kolejnych meczów, a w 23 pierwszych meczach sezonu nie ponieśli porażki, czym ustanowili rekord w historii Premier Ligi. Jak to się stało, że zawodnicy z północnej stolicy imponowali taką formą?
Na tę rzecz złożyło się wiele czynników. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na ważne posunięcie, jakim było zatrudnienie dobrego zagranicznego trenera. Luciano Spalletti w Sankt Petersburgu od razu wziął się ostro do roboty i z powodzeniem kontynuował dzieło Dicka Advocaata. Jego praca trafiła także, dzięki profesjonalizmowi piłkarzy Zenitu, na bardzo podatny grunt. Dzięki czemu Spalletti w Rosji osiągnął coś, czego nie udało mu się dokonać w ojczyźnie, prowadząc Romę. Nie bez znaczenia są też olbrzymie fundusze, jakimi dysponuje klub z północnej stolicy. Dzięki pieniądzom Spallettiego stać było na dokonanie kilku ważnych dla klubu transferów umożliwiających zakończenie ligi na pierwszym miejscu.

Zenit mistrzostwo już ma. Jednak prawdziwe walka przed nim. Piłkarzom z Sankt Petersburga już raz udało się zdobyć ten tytuł. Pół roku później, wciąż będący na fali petersburżanie w wielkim stylu wygrali Puchar UEFA oraz zdobyli Superpuchar Europy po pamiętnym meczu z Manchesterem United. Wielka gra zespołu z drugiego największego miasta Rosji okazała się jednak wtedy wybuchem jednego sezonu. Liczono na wielkie mecze w Lidze Mistrzów oraz awans z tzw. grupy śmierci, w której znalazły się także BATE Borysów, Juventus Turyn i Real Madryt. Z szumnych zapowiedzi nic nie wynikło. Z najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie zespół odpadł po fazie grupowej, a i w Pucharze UEFA za wysoko nie zeszedł. Jeszcze gorzej ówcześni podopieczni Dicka Advocaata poradzili sobie w lidze. Zmagania krajowe zakończyli dopiero na piątym miejscu, dając się wyprzedzić Spartakowi Moskwa, CSKA Moskwa oraz rewelacjom sezonu – Rubinowi Kazań i Amkarowi Perm.











