Szkoleniowiec Spartaka Moskwa Walery Karpin przeżywał w ostatnim roku prawdziwą huśtawkę nastrojów. Jego podopieczni do końca ligowego sezonu 2010 liczyli się w walce o zajęcie miejsca na podium, gwarantującego start w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Oprócz tego „Miaso” w europejskich pucharach potrafili zwyciężyć w Marsylii i Amsterdamie. To już jednak przeszłość i dziś drużyna z Łużnik znajduje się na cenzurowanym. Czy jej trener ma szansę na zachowanie stanowiska?
Jak co roku szefowie Spartaka wysoko zawiesili poprzeczkę swoim podwładnym. Wśród celów postawionych piłkarzom tradycyjnie znalazło się zdobycie mistrzostwa kraju oraz najlepiej awans do finału Ligi Europejskiej. Trener Walery Karpin poprosił o pieniądze na transfery zarówno zeszłego lata, jak i zimą. Nowi gracze kosztowali ekipę ze stolicy Moskwy ponad 36 milionów euro, a ambitny szkoleniowiec zapowiedział marsz po trofea. Na razie marsz zamienił się w drogę przez mękę, która może kosztować Karpina posadę.

Gdyby przed rozpoczęciem bieżącego sezonu Premier Ligi ktoś powiedział, że „Miaso” po czterech kolejkach będą okupowali przedostatnie miejsce w tabeli, to zapewne uznano by go za człowieka niespełna rozumu. Fakty są jednak brutalne. W pierwszych czterech meczach ligowych Spartak zdobył cztery punkty, strzelając przy tym dwie bramki i tracąc aż siedem. Gdy dodamy do tego wątpliwej jakości popis podopiecznych Karpina w czwartkowym meczu pucharowym przeciwko FC Porto, mamy pełen obraz nędzy i rozpaczy. Na Estadio Dragao rosyjski zespół poległ 1:5 i ma tylko iluzoryczne szanse na awans do półfinału Ligi Europejskiej. Nic więc dziwnego, że rosyjskie media prześcigają się w szukaniu Spartakowi nowego trenera.
Reakcja kibiców i władz Spartaka na takie wyniki osiągane przez zespół nie jest żadnym zaskoczeniem. Na Łużnikach czekają na mistrzostwo Rosji od 2001 roku, a dla takiego klubu dekada bez triumfu w lidze brzmi jak wieczność. Do tego trzeba dodać, że ostatnie trofeum „Miaso” wywalczyli już osiem lat temu, kiedy to o sile drużyny stanowili tacy gracze jak Roman Pawliuczenko, Jegor Titow czy Maksym Kałynyczenko.
W kolejnych latach żądni sukcesów prezesi Spartaka inwestowali kolejne miliony dolarów w kompletne niewypały (najlepszym przykładem jest tu Fernando Cavenaghi) lub takich, którzy mimo świetnej gry nie potrafili dać moskwianom powrotu na szczyt ligi. Nawet Welliton, bezsprzecznie najlepszy zakup stołecznej drużyny ostatnich lat, powoli daje do zrozumienia, że może sobie wkrótce poszukać nowego pracodawcy. Brazylijczyka można porównać do Fernando Torresa, który z podobnych pobudek zdecydował się na opuszczenie Liverpoolu.










