Wzięcie udziału w meczu piłki nożnej na Wyspach Brytyjskich to marzenie wielu fanów futbolu. Możliwość spełnienia takiego marzenia dał mi mecz fazy grupowej Ligi Europy, dzięki któremu pierwszy raz poczułem prawdziwą, angielską piłkę.
(Nie)zwykły dzień
4 października 2018 roku, okolice Fulham Road w Londynie. Nieopodal znajduje się stadion Stamford Bridge, prawdziwa twierdza rosyjskiego oligarchy Romana Abramowicza, istne Forum Romanum „Roman Empire”. Na ulicach wzmożony ruch, ale przecież ludzie dopiero skończyli pracę i udają się w nierzadko długą podróż do domu. Gdyby nie fakt, że w ogromnym tłumie w metrze co kilkanaście osób trafiało się więcej niebieskich koszulek, mało kto mógłby domyślić się, że tuż za rogiem odbędzie się mecz Ligi Europy.
To, co zawsze mnie urzekało w stadionach Anglii, to ich położenie. Niejednokrotnie człowiek przechadzając się, ot, zwykłą uliczką może za chwilę natrafić na kilkunastotysięczny obiekt. Tak jest również w przypadku niebieskiej części Londynu, gdzie na niepozornej alei nagle z jednej strony wyrasta beżowe monstrum. Dookoła głównego placu na terenie należącym do stadionu masa ludzi. Nie da się ukryć, że ranga spotkania i łatwość zakupu biletu doprowadziły do tego, że tego dnia duża część fanów Chelsea to turyści, którzy starali się sfotografować niemalże każdy zakamarek w okolicy stadionu, a przecież do wejścia było jakieś 300 metrów.

Oprócz fanów zdobywców Ligi Mistrzów z 2012 roku dużą grupę na ulicach stanowili kibice węgierskiego Videotonu, Vidi, MOL Vidi. Podejście do kibiców gości jest zupełnie inne niż w Polsce. Nie mają wyznaczonego miejsca i godziny zbiórki, nie są eskortowani przez kilkuset policjantów, idą we wspólnym, kolorowym tłumie kibiców europejskich klubów. Jedynym ograniczeniem swobody Węgrów w przemierzaniu Fulham Road był zakaz wchodzenia do pubów. Przy wejściach stało zazwyczaj dwóch ochroniarzy, którzy ze względów na charakter i mocniejszy wpływ alkoholu na niektórych Anglików profilaktycznie sprawdzali bilety na mecz. Jeżeli kibic miał wejściówkę na sektor gości, zostawał natychmiastowo odprawiany z kwitkiem.
Barwy rzecz…
Po wejściu przez klimatyczne, szczelnie pozamykane poza dniem meczowym kołowroty i minięciu stref gastronomicznych oczom ukazało się wnętrze świątyni „The Blues”. Dzięki prawdziwie wyspiarskiej zabudowie stadionu od razu dało się poczuć atmosferę meczu. Jako osoba, która często lubi obserwować kibiców, ich zachowania i wyjątkowy dla każdego klubu styl, od razu moją uwagę przykuła kwestia flag kibicowskich. Poza sztandarowymi płótnami wiszącymi na trybunach za bramkami obie trybuny „proste” były w pełni odziane w banery fanów Chelsea z całego świata. Od Perth, przez Hong Kong aż do Perth, a także skromna flaga fanów z Polski. Widać, że w Londynie mają całkiem inne podejście do tak ważnych produktów z herbem klubowym dla kibiców, jakimi są flagi, niż ma to miejsce w Polsce. Wyobraźmy sobie jedną z głównych trybun np. Lecha, gdzie byłaby flaga każdej miejscowości Wielkopolski…















