To, co się stało w tej kolejce na Signal Iduna Park, trudno opisać i logicznie wytłumaczyć. Być może wynik w pełni nie oddaje tego, co działo się na boisku, ale de facto Borussia została zmieciona przez HSV. To wydarzenie przyćmiło wszystkie inne, jednak w 21. kolejce działo się naprawdę sporo, chociażby podczas szalonych derbów Nadrenii.
Wynik meczu BVB – HSV był dla mnie szokujący, to prawda. Kika razy przecierałem oczy ze zdumienia, widząc cyferki w prawym górnym rogu ekranu. Nie mogłem uwierzyć, że ten rosły mężczyzna grający na środku obrony to naprawdę Mats Hummels, bo raz po raz uciekał mu czy to Rudnevs, czy to Aogo, a o tym, co robił z nim Heung-Min Son, nawet nie warto wspominać. Borussia była tym zespołem, który znam i któremu kibicuję, jedynie w ofensywie, w obronie był to zespół nie do poznania.
Zdaje sobie sprawę, że przegrywa każdy. Nie ma wiecznych zwycięzców. Wszyscy mają świadomość, że taki jest sport, przecież nie można ciągle być najlepszym. Przecież nawet drużyna nie z tej ziemi, czyli Barcelona, raz na jakiś czas zgubi punkty w starciu z Getafe, Levante czy innym ligowym przeciętniakiem. Jednak kto byłby w stanie wyobrazić sobie, że przy wypełnionym po brzegi stadionie mistrzowska Borussia Dortmund zbierze tęgie lanie od Hamburger SV, klubu, który jeszcze niedawno okupował dno tabeli. Na pewno takiego scenariusza pod uwagę nie brali bukmacherzy, za złotówkę postawioną na zwycięstwo HSV można było bowiem zarobić nawet jedenaście razy tyle.
Zacznijmy jednak od początku. Piłkarze Borussii przystępowali do tego spotkania w świetnych nastrojach, w czterech ostatnich meczach odnieśli same zwycięstwa, a 3 lutego po szalonym polskim spotkaniu pokonali 3:2 swego bezpośredniego konkurenta w walce o wicemistrzostwo, czyli Bayer. Hamburger grał natomiast w kratkę, w czterech ostatnich pojedynkach zanotował bowiem pełen pakiet, czyli zwycięstwo, remis i porażkę (konkretnie dwie). Eintracht Frankfurt nie miał najmniejszych problemów ze zdobyciem trzech punktów i pokonaniem ekipy z Imtech Arena w poprzedniej serii gier, tak że przed spotkaniem z klubem z północy Niemiec podopiecznym Jürgena Kloppa na pewno nie drżały nogi ze strachu.
A jednak stało się. Wynik 4:1 dla gości mówi sam za siebie. Mimo to nie uważam, że z tego meczu powinno się wyciągać fatalistyczne wnioski, wróżące nieuchronny kryzys czekający drużynę Jürgena Kloppa. Ta porażka to według mnie tylko wypadek przy pracy, niezbywalny element życia piłkarskiego. To nie jest początek końca tej drużyny. Nie wyobrażam sobie tego, że Borussia zacznie teraz seryjnie przegrywać. Tak, porażka w takim stylu może znacznie obniżyć morale drużyny, ale nie może zniszczyć tak ułożonego zespołu. Poza tym przyjrzyjmy się faktom. Czy był to naprawdę tak kiepski mecz Borussii i tak wybitny w wykonaniu piłkarzy z Imtech Arena? Odpowiedź jest prosta i brzmi: nie. Piłkarze HSV wcale tego widowiska nie zdominowali. Po pierwsze, w posiadaniu piłki było 56% do 44% dla Borussii. Po drugie, gospodarze oddali więcej celnych strzałów na bramkę (7:5). Po trzecie, podopieczni Kloppa, mimo że przez niemal pół godziny grali w osłabieniu, nadawali ton grze, a HSV jedynie kontrowało. Problemy z defensywą – Sven Bender musiał grać na lewej stronie obrony, dalej kontuzjowany jest Subotić – również nie pomogły Borussii. Jakby tego było mało, najgorsze spotkanie w sezonie rozegrał prezentujący zawsze klasę światową Roman Wiedenfeller. Można by powiedzieć, że suma nieszczęść naraz. Świetnie działająca maszyna BVB nie zepsuła się, można powiedzieć, że jedynie się zacięła.








