Przed rozpoczęciem tego sezonu Bundesligi wszyscy, nawet włodarze i trenerzy największych rywali Bayernu, twierdzili, że w tym roku monachijczycy nie będą mieli sobie równych. Co niektórzy doszli nawet do wniosku, że lepiej byłoby dać Bayernowi pierwsze miejsce jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek, a reszta drużyn niech się bije między sobą o kolejne pozycje. Na razie, poza zwycięską serią między drugą a dziewiątą kolejką, Bayern nie pokazał niczego, co miałoby na to wskazywać.
Przed sezonem „Bawarczycy” solidnie się wzmocnili, nie chcąc, aby powtórzył się scenariusz z poprzednich rozgrywek, gdy do końca musieli walczyć o trzecie miejsce, aby w ogóle załapać się do tegorocznej edycji Champions League. Ponadto jej finał rozgrywany będzie na Allianz Arena w Monachium, więc przyjemnie by było wygrać tak prestiżowe trofeum, nie musząc zmuszać swoich kibiców do jakiejkolwiek podróży. A jakby tego było mało, w XXI stuleciu nie zdarzyło się jeszcze, aby Bayern przez dwa kolejne lata nie zdobył mistrzostwa. Aby podtrzymać tę serię i po rocznej przerwie powrócić na pierwsze miejsce w tabeli Bayern, pozyskał Manuela Neuera, Rafinhę, Jerome Boatenga i Nilsa Petersena, za których zapłacił w sumie ponad 44 miliony euro. Jakby tego było mało, do klubu wrócił trener Jupp Heynckes – zasłużony szkoleniowiec, który w zeszłym sezonie poprowadził Bayer Leverkusen do wicemistrzostwa. W takim wypadku „Bawarczycy” byli skazani na sukces, co z resztą podkreślali nawet włodarze i trener Borussii Dortmund.
– Bayern ma niesamowicie silną ekipę. Chyba nikogo nie zaskoczę, stwierdzając, że to właśnie oni wygrają Bundesligę – stwierdził na przełomie września i października Hans-Joachim Watzke, jeden z włodarzy Borussii.
– Prawdopodobieństwo, że Bayern wygra ligę, jest bardzo duże. Oni mają naprawdę bardzo dobrą drużynę – to z kolei słowa Jurgena Kloppa, trenera BVB.
Sezon monachijczycy zaczęli od niespodziewanej porażki na własnym terenie z dużo niżej notowaną Borussią Moenchengladbach. Zlekceważenie rywala w pierwszej kolejce można jeszcze zrozumieć, zwłaszcza że jak wiadomo, zespół z 250-tysięcznego miasta spod granicy z Holandią został czarnym koniem bieżących rozgrywek. Potem stało się to, co według wszystkich sympatyków niemieckiej piłki po prostu stać się musiało, Bayern zaczął grać, tak jak przystało na najbardziej utytułowany klub w Niemczech i pokazał reszcie drużyn ich miejsce w szeregu. Od drugiej do dziewiątej kolejki wygrał osiem spotkań i jedno zremisował, nie tracąc przy tym ani jednej bramki. Na rozkładzie mieli między innymi takie drużyny, jak: VfL Wolfsburg, HSV, Schalke Gelsenkirchen czy Bayer Leverkusen. Trzeba przyznać, że taka seria robiła wrażenie, zwłaszcza że Manuel Neuer pobił rekord Olivera Khana pod względem minut bez puszczonej bramki (we wszystkich rozgrywkach zachował czyste konto przez 1140 minut, a pokonał go dopiero Holger Badstuber, jego własny obrońca), a Mario Gomez i Frank Ribery byli w tak wyśmienitej formie, że we dwóch rozrywali każdego kolejnego przeciwnika. Monachijczycy punktowali każdego kolejnego rywala, nie patrząc, czy to rozgrywki krajowe, czy Liga Mistrzów. Wtedy chyba wpadli w samozachwyt i pomyśleli, że mają u stóp cały piłkarski świat. Zdaje się, że uwierzyli, iż każdy kolejny przeciwnik z urzędu się przed nimi położy i przelęknie się samego słowa „Bayern”. Chyba zdawało się im, że tak świetna passa nie może się skończyć, bo przecież oni już zawsze będą niepokonani.








