Za nami runda jesienna Bundesligi, jednak pytanie zadawane przed sezonem, postawione również w tytule tego tekstu, wciąż pozostaje aktualne. Czas na podsumowanie siedemnastu minionych kolejek.
Ruszyła maszyna, już nikt nie zatrzyma…
50 zwycięstw, trzy remisy i trzy porażki. To bilans Bayernu w kończącym się roku. Jupp Heynckes stworzył niesamowity zespół, który rozjeżdżał wszystko na swej drodze, dostosowując styl gry do warunków. Przed przyjściem Pepa Guardioli wszyscy zastanawiali się, czy jego poprawki nie wpłyną negatywnie na ekipę. Zaczęło się niepokojąco, bo od konfliktu z Mario Mandzukiciem, a także słów Bastiana Schweinsteigera o niezrozumieniu taktyki. Gdyby jednak teraz zapytać większość ekspertów zajmujących się ligą niemiecką, powiedzieliby z pewnością, że Guardiola wprowadził Bayern na wyższy poziom.
Być może jestem futbolowym dziwakiem, ale zdecydowanie bardziej monachijczycy podobali mi się pod wodzą Heynckesa. Ich styl był bardziej różnorodny, dopasowany do wydarzeń boiskowych i po prostu ciekawszy. Nie zachwycam się tysiącami wymienionych podań, tylko tym jednym (ewentualnie dwoma) kluczowym. Z kolei filozofia Guardioli zakładająca wjechanie z piłką do bramki czasami napotyka przeszkody. Drużyna z poprzedniego sezonu w tym momencie cofnęłaby się nieco, aby wciągnąć rywala na swoją połowę i błyskawicznie skontrować. Tego brakuje obecnie podopiecznym hiszpańskiego szkoleniowca. Oczywiście trudno krytykować zespół, który przegrał dwa mecze. Ale należy zauważyć, że tak deprecjonowany Mandzukić, który z założenia nie pasuje do koncepcji Guardioli (typowy snajper, choć mocno pracujący dla zespołu), często musiał ratować Bayern. Z dziesięciu goli połowa to pierwsze bramki dla jego zespołu w danym meczu.
Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że o sile obecnego zespołu stanowią piłkarze, po których raczej nikt się tego przed sezonem nie spodziewał. Skłócony z nowym trenerem Mandzukić, znany z egoizmu Robben czy wiecznie rezerwowy Rafinha. Szczególnie dwóm pierwszym wróżono szybką wyprowadzkę z Monachium, na którą obecnie się nie zanosi.
Zabójcze puchary
Największe zaskoczenie poprzedniego sezonu: beniaminek i najbiedniejsza drużyna ligi zapewniły sobie start w kwalifikacjach do Ligi Europy. Co więcej, udało im się trafić do fazy grupowej. Tam zgodnie z oczekiwaniami Freiburg nie dał rady wyjść z grupy, a Eintracht Frankfurt poniósł tylko jedną porażkę. W lidze ich sytuacja jest jednak tragiczna. O ile w przypadku podopiecznych Christiana Streicha można było się spodziewać słabszej postawy w krajowej rywalizacji przez walkę na dwóch frontach, o tyle wydawało się, że frankfurtczycy spokojnie wywalczą sobie miejsce w górnej połowie tabeli.
Jednak jeśli przegrywa się z Hoffenheim czy Mainz i gubi punkty w starciach z Freiburgiem albo Nürnberg, to trzeba się przygotować na walkę o utrzymanie. Posada Armina Veha raczej nie jest zagrożona, ale wszyscy oczekują poprawy gry na krajowym podwórku. Słabszą dyspozycję w Bundeslidze być może odbiją sobie w Lidze Europy, w której idzie im naprawdę nieźle.
Dla mnie największą zagadką, jeśli chodzi o zespół z Frankfurtu, jest Takashi Inui. Jesienią zeszłego roku zachwycaliśmy się tym piłkarzem. Jego błyskotliwością, dynamiką, dryblingiem i grą kombinacyjną. Przygasł na wiosnę, ale wydawało się, że teraz znów powinien się wyróżniać. Nic z tego. Częściej siedzi na ławce, niż gra, a kiedy dostaje szansę, nie potrafi jej wykorzystać. Veh znalazł za to receptę na odblokowanie Joselu. Zdolny Hiszpan wydawał się już stracony dla wielkiego futbolu (kiepski rok w Hoffenheim, początkowy konflikt z trenerem Eintrachtu), ale w końcu się odblokował i gra na miarę swojego talentu. Wraz z Vaclavem Kadlecem (świetny transfer!) może stworzyć naprawdę groźny duet.
Nauka wydawania pieniędzy
Skoro już jesteśmy przy transferach. Kojarzycie kogoś takiego Luuk de Jong? Tak, były wicekról strzelców Eredivisie. Za każdą jego bramkę w poprzednim sezonie (całe osiem) Borussia M’Gladbach zapłaciła prawie 2 miliony euro (odliczając pensję). Nauczeni tym przykładem, teraz działacze Borussii nie zamierzali przepłacać. Zamiast wydawać ponad 2 bańki na jedną bramkę, postanowili nieco dołożyć i za 2,5 miliona euro kupić Maksa Krusego, który już teraz strzelił tyle bramek co de Jong. Do tego dołożyli piątaka za Raffaela, co było dość ryzykownym interesem, ale inwestycja już się spłaca. Okazało się, że na Borussia Park potrafią robić transfery. A co z de Jongiem? Ostatnio został niemal upokorzony, bo Favre wpuścił go na ostatnie trzy sekundy – i wcale nie jest to hiperbola. Po ostatnim gwizdku zarówno napastnik, jak i trener byli wyraźnie niezadowoleni. Choć w M’Gladbach zapowiadają brak transferów z klubu i do klubu, to Holender prawdopodobnie opuści „Źrebaki”.
Co nieco być może nauczą się w Gelsenkirchen. Schalke potrzebowało lewego skrzydłowego, napastnika, defensywnego pomocnika i środkowego obrońcy. Zgodnie z tamtejszą logiką ściągnięto za 12 milionów euro Kevina-Prince Boatenga. Ghańczyk najlepiej czuje się na „dziesiątce”, gdzie Keller miał już Draxlera i utalentowanego Meyera. Co prawda drużyna najlepiej wyglądała po przesunięciu Boatenga trochę niżej, ale trener Schalke wpadł na to jakieś trzy miesiące później niż kibice, czyli w grudniu. Jaki jest więc sens trzymania kogoś takiego na ławce? To wiedzą tylko władze „Die Königsblauen”, które zadecydowały, że Keller pozostanie trenerem do końca sezonu.
Halo?Ostry dyżur? Mamy problem. Znowu…
Skoro jesteśmy już przy Schalke, nasuwa się temat kontuzji, które w minionej rundzie bardzo mocno prześladowały niemieckie ekipy. Cały rok na rehabilitacji spędził Kyriakos Papadopoulos. Bardzo szybko dołączył do niego Klaas-Jan Huntelaar, a ofensywa ekipy z Gelsenkirchen została kompletnie rozbita po urazie Jeffersona Farfana. Gdy wydawało się, że znaleziono solidnego lewego obrońcę, Denis Aogo zerwał więzadła krzyżowe w kolanie, podobnie jak wcześniej Marco Höger. Okres przygotowawczy na powrocie do zdrowia spędzają za to Julian Draxler i Benedikt Höwedes. Większość z urazów dotyczy kolan, co jest największą zagadką na Veltins Arena.
Przez kontuzje osiwiał Jürgen Klopp. Co prawda jego sytuacja jest nieco lepsza, ale musiał kompletnie wymienić swoją linię obronną. Nieoceniony okazał się Kevin Grosskreutz, który zastępował Łukasza Piszczka, a po utracie Nevena Suboticia i Matsa Hummelsa oprócz zakupionego w lecie Sokratisa trzeba było jeszcze ściągnąć Manuela Friedricha. Do tego po raz kolejny poobijany został Sven Bender, natężenia spotkań nie wytrzymał Marcel Schmelzer, a już na początku rundy ze składu wypadł Ilkay Gündogan, którego brak był chyba najbardziej widoczny. Dopiero pod koniec roku do zespołu powrócił kapitan Sebastian Kehl, który od września leczył uraz.
Nie należy zapominać, że problemy z różnymi kontuzjami miały takie zespoły, jak: Hannover, Bayern, Stuttgart czy Hamburger SV. Najbardziej ze wszystkich piłkarzy szkoda Marca Stendery. 18-latek latem zerwał więzadła krzyżowe i zapewnił sobie rok przerwy, który może mieć ogromny wpływ na rozwój jego nieprzeciętnego talentu.
Dzieciaki atakują
Stendera nie dał rady przekonać do siebie środowiska piłkarskiego, ale okazję do tego otrzymało kilku piłkarzy w podobnym wieku. Mnie bardzo podoba się gra Maksa Meyera, o którym pisałem już w poprzednim sezonie. Na boisku prezentuje ogromną dojrzałość, a do tego młodzieńczą fantazję, świetny przegląd pola i dobre prostopadłe podanie. Nieźle też drybluje, a także ma spory potencjał szybkościowy. Na pewno w Gelsenkirchen będą mieli z niego pożytek.
Na standardy Bundesligi Meyer jednak wcale nie jest taki młody. Jesienią serca wszystkich fanów ligi niemieckiej podbił przede wszystkim niesamowity Timo Werner. Za chwilę na pewno zainteresują się nim najwięksi w Europie. Jego szybkość, przebojowość, drybling i kontrola nad piłką wskazują na talent czystej wody. Czasami brakuje mu jeszcze spokoju pod bramką rywala (w pojedynkę powinien rozstrzelać Wolfsburg), ale to powinna być tylko kwestia czasu i kilku lekcji u Vedada Ibisevicia.
Inny 17-latek (!), który wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie, to środkowy obrońca. Zwykle na tej pozycji stawia się na piłkarzy doświadczonych, ale w związku z problemami kadrowymi Jonatan Tah zajął miejsce obok Johana Djourou i wcale mocno nie odstaje. Braki w doświadczeniu nadrabia niezłymi umiejętnościami piłkarskimi i siłą fizyczną.
Najwięcej szczęścia przy wejściu do pierwszego składu miał Loris Karius. W meczu z Augsburgiem najpierw kontuzji doznał Müller, a w końcówce czerwoną kartkę obejrzał Wetklo. Oznaczało to, że 20-latek z konieczności stanie między słupkami w kolejnym spotkaniu. Spisał się nieźle i miejsca w bramce nie oddał do końca rundy.
Jedenastka młodzieżowców Bundesligi:
Loris Karius (Mainz, 20 lat) – Jeremy Toljan (Hoffenheim, 19), Jonatan Tah (HSV, 17), Niklas Süle (Hoffenheim, 18), Matthias Ginter (Freiburg, 19) – Emre Can (Bayer, 19), Niklas Stark (Nürnberg, 19) – Hakan Calhanoglu (HSV, 19), Maximilian Arnold (Wolfsburg, 19) Max Meyer (Schalke, 18) – Timo Werner (Stuttgart, 17)
Wyblakła legenda
„Der Club” i „Die Legende” – to przydomki określające FC Nürnberg. Ten zasłużony klub od dłuższego czasu nie jest już tak znaczący w niemieckiej piłce. Nawet to nie usprawiedliwia jednak tak niechlubnego osiągnięcia, jakim jest rozegranie całej rundy bez choćby jednego zwycięstwa. Udało to się Brunszwikowi czy jeszcze słabszemu Fürth w poprzednim sezonie. Oczywiście wszyscy wiedzą, że obecnie Nürnberg to w większości skład węgla i papy, ale Drmić, Ginczek, Schäfer czy Nilsson to przynajmniej piłkarze przeciętni.
Wydaje się, że działacze z Norymbergi pospieszyli się przede wszystkim ze zmianą trenera. Zwolnienie Wiesingera, który wykonywał całkiem niezłą robotę, było reakcją na porażkę 0:5 z HSV. Reakcją, która w ostatecznym rozrachunku nic nie dała. Jego miejsce zajął Gertjan Verbeek, którego bilans jest bardzo podobny: poprowadził zespół w dziewięciu meczach (Wiesinger w ośmiu), sześć zremisował (Wiesinger pięć), trzy przegrał (Wiesinger również trzy). 8:16 vs 9:17 w wykonaniu Wiesingera. Nie tylko u nas zmiany przeprowadza się na złych stanowiskach.
Największe zaskoczenia
Jak ważne jest zaufanie odpowiedniemu szkoleniowcowi, pokazują przykłady Augsburga i Herthy. W stolicy Niemiec po spadku drużyny postawiono na Josa Luhukaya, który wcześniej wywalczył awans z Augsburgiem, ale po skutecznym utrzymaniu obie strony podziękowały sobie za współpracę. Holender podjął pracę w Hercie, z którą najpierw wywalczył awans, a teraz zaskoczył całe Niemcy, włączając się z beniaminkiem do walki o puchary. I bardzo dobrze, bo nasi zachodni sąsiedzi byli jedynym krajem w Europie, który nie miał zespołu ze stolicy w najwyższej piłkarskiej klasie rozgrywkowej. Hertha Luhukaya została wzmocniona praktycznie tylko piłkarzami bez obowiązujących kontraktów (jedynie za Hosogaia zapłacono milion euro), ale wpłynęło to pozytywnie na grę tego zespołu. Jego największymi atutami są chyba kolektyw i równowaga: nie ma jednej gwiazdy, na której skupiałaby się uwaga, a na boisku jest zachowany odpowiedni balans pomiędzy atakiem a obroną. Wszystkich zachwyca oczywiście Adrian Ramos, który zdobył już 11 bramek. Doceniając umiejętności Kolumbijczyka, należy pamiętać, iż na jego dorobek pracuje cała drużyna.
W Augsburgu po zwolnieniu Luhukaya wykazali się ogromnym spokojem. Weinzierl po rundzie jesiennej poprzedniego sezonu zajmował miejsce w strefie spadkowej i do samego końca walczył o bezpieczne utrzymanie. Działacze nie podejmowali nerwowych ruchów, a pomysł 39-latka na grę jego zespołu się sprawdził. Dziś Augsburg, mający co najwyżej przeciętnych zawodników, prezentuje naprawdę niezłą piłkę. Nie jest to wirtuozeria, ale wysoka forma niektórych piłkarzy pozwala na regularne punktowanie. Ich gra jest napędzana przede wszystkim skrzydłami: lewy pomocnik Werner zgromadził sześć asyst, a biegający za jego plecami Ostrzolek – pięć. Po drugiej stronie Hahn zdobył sześć bramek. Środek pola to typowi wyrobnicy, ale warto zwrócić uwagę na Daniela Baiera, który znajduje się w życiowej formie. Wbrew zapowiedziom Altintop wcale nie przyjechał do Augsburga na emeryturę, a do bramki bardzo dobrze wprowadził się Hitz. Obecnie zajmowane dziewiąte miejsce byłoby bardzo dobrym wynikiem dla ekipy Weinzierla.
Nadzieje na wiosnę
To może być kolejny piękny sezon dla niemieckiej piłki. Co prawda w Lidze Europy pozostał już tylko jeden zespół, ale ze swoich grup w Lidze Mistrzów wyszły wszystkie cztery. W dodatku na mocną czwórkę naciskają Borussia M’Gladbach, mająca wielu piłkarzy, i VfL Wolfsburg, który może sobie pozwolić na duże wydatki.
Właśnie po tej drugiej drużynie można się spodziewać dużej aktywności w zimowym okienku transferowym. Działacze „Wilków” na pewno czują możliwość wywalczenia nawet gry w Lidze Mistrzów i takiej okazji nie przepuszczą. Oprócz tego zimowe okienko powinno być w Niemczech raczej spokojne. Kadry większości zespołów są dość silne i wyrównane, nie ma więc palącej potrzeby wzmocnień. Z niecierpliwością możemy już więc oczekiwać wznowienia rozgrywek, które nastąpi 24 stycznia.
Pozostałe podsumowania rundy jesiennej Bundesligi: