Niewątpliwie największym zaskoczeniem 22. kolejki Bundesligi było zwycięstwo katastrofalnego w ostatnich miesiącach Hamburgera SV nad Borussią Dortmund. Należy dodać, że wcale niebrzydkie i niewymęczone, jak ewentualnie można by się spodziewać.
O tym, że na Imtech Arena było ostatnio niewesoło wiedzą właściwie wszyscy. Spory pomiędzy Radą Nadzorcą i zarządem, poszukiwania nowego trenera oraz kilka innych pomniejszych skandali, które niedawno na łamach Komentarza do Bundesligi opisywałem. Nie będę się powtarzał, skupmy się na tym, co obecnie. Okazuje się, że w Hamburgu wcale nie grają sami parodyści, przebierańcy i nieudacznicy, ale całkiem solidni piłkarze. Ciężko oceniać postępy zespołu po jednym meczu, ale na pewno na podstawie gry można wysnuć kilka wniosków. Mirko Slomka przejął zespół w poprzedni poniedziałek i przez te kilka dni udało mu się poukładać zespół taktycznie, a także zmusić do większego wysiłku. Niesamowite, ile może zdziałać osoba trenera. W tej rundzie hamburczycy przebiegali zwykle sześć (w meczu z Hoffenheim osiem) kilometrów mniej od rywali. Przeciwko BVB pokonali już dystans zaledwie o dwa kilometry mniejszy, niż podopieczni Kloppa, jednocześnie ustanawiając swój wiosenny rekord – 114,55 km. Pozostaje jedno pytanie: czyż nie można było tak biegać pod wodzą van Marwijka?

Być może kluczowe okazały się tu zmiany personalne, które zarządził były trener Hannoveru. Ten postawił na nieco zapomnianego już Petra Jiracka i całkowicie Slobodana Rajkovicia. Pierwszy oprócz zdobytej bramki robił dużo wiatru i sprawiał sporo problemów Piszczkowi, natomiast Serb niespodziewanie został liderem bloku obronnego. Właśnie postawa w defensywie jest głównym zaskoczeniem, jeśli chodzi o HSV. Z przodu, wiadomo, mają tego utalentowanego Pierra-Michelle’a Lasoggę, który najpierw zrobił 60% bramki Jiracka (30% dodał od siebie Manuel Friedrich), a potem pokonał Romana Weidenfellera w taki sposób, jakby grał na podwórku. Do tego doszedł cudowny, prześliczny strzał Hakana Calhanoglu… nie, jeśli chodzi o poczynania ofensywne to gospodarze nie zaskoczyli. Choć należy podkreślić, że ostatnimi czasy również z zawiązywaniem akcji mieli problemy. Najważniejsze jest dla nich jednak to, iż nie stracili gola, co ostatnio udało im się pod koniec października. Jakby tego było mało, nie zawdzięczają to tylko Rene Adlerowi (interwencja po strzale Piszczka na najwyższym poziomie), ale dobrej grze obronnej całego zespołu. Przesuwanie się, utrzymywanie pozycji i czytanie gry wsparte zostało niespotykaną dotąd agresją. W końcu było widać, że piłkarzom z Imtech Arena naprawdę zależy na zwycięstwie i chcą je za wszelką cenę wyszarpać. Najłatwiej zauważyć to przy drugiej bramce, gdzie o piłkę ofiarnie walczyli Badelj, Rincon i Calhanoglu.











