Pierwsze miejsce w Bundeslidze w tym sezonie zarezerwowane jest dla Bayernu. O kolejne pozycje walczyć mieli jak zwykle m.in. Bayer Leverkusen, Borussia Dortmund, Schalke Gelsenkirchen. Nikt nie stawiał jednak na biedny i broniący się do tej pory, sezon w sezon, przed spadkiem zespół z Moenchengladbach.
Bundesliga jest nieprzewidywalna i za to właśnie ją kochamy. Za to, ze każda kolejka ma swój hit, że zawsze pada mnóstwo bramek i za to, że każdy może wygrać z każdym. No prawie z każdym, bo są takie sezony, gdy Bayern podrażniony poprzednimi słabymi rozgrywkami jest poza zasięgiem całej reszty. Tak też jest w tym sezonie.
Tak więc reszcie drużyn pozostaje jedynie walka o miejsca od drugiego do czwartego. W tym sezonie po raz pierwszy w historii pozycja tuż za podium będzie jedną z tych najbardziej pożądanych. Otóż liga niemiecka awansowała, kosztem włoskiej Serie A, na trzecie miejsce w rankingu UEFA i od następnego sezonu będzie miała w Champions League aż czterech swoich przedstawicieli. Co za tym idzie, zespół, który po ostatniej kolejce zajmować będzie czwarte miejsce w tabeli, zagra w eliminacjach do tych najważniejszych europejskich rozgrywek.
Przed sezonem faworytów do miejsca na podium i kilku kolejnych było sporo. Jednym tchem wymieniano Bayer, BVB, HSV i Schalke, potem Wolfsburg, Stuttgart, Hannover 96, a nawet Werder i Mainz. Nikt jednak nie stawiał na zespół z Moenchengladbach i w sumie trudno się dziwić. Ta biedniejsza Borussia miała walczyć, enty sezon z rzędu, o utrzymanie i nic nie zapowiadało, że będzie inaczej.
Marc-Andre ter Stegen – Filip Daems, Tony Jantschke, Dante, Martin Stranzl – Roman Neustaedter, Havard Nordtveit, Juan Arango, Marco Reus – Raul Bobadilla, Igor de Camargo
Konia z rzędem temu, kto stawiał, że ci piłkarze zaskoczą całą Bundesligę i zamiast walczyć o uniknięcie degradacji, zadomowią się w górnej połowie tabeli. Skład bardzo przeciętny, pieniędzy niby ciągle brakuje, trener też żaden cudotwórca. A jednak im się udało. I wydaje mi się, że klub spod granicy niemiecko-francuskiej nie powtórzy „osiągnięcia” Eintrachtu Frankfurt z zeszłego sezonu i po kapitalnej pierwszej części sezonu całkowicie da ciała w drugiej. Zespół Borussii wydaje się lepiej ułożony od zeszłorocznego spadkowicza i gra po prostu dobrze w piłkę. O wynikach meczów przesądzają nie tylko takie indywidualności jak Reus, Bobadilla i ter Stegen, lecz dobra gra całego zespołu. Tutaj każdy wie, co ma robić na boisku, czym się zająć, gdzie podać, jak strzelić, kogo kopnąć, aby to wszystko miało ręce i nogi.
Marc-Andre ter Stegen – młodziutki, zaledwie 19-letni bramkarz. Wydaje się, że jest w tym momencie drugim, po Manuelu Neuerze, specjalistą od łapania piłek w całej Bundeslidze. Gdy patrzy się na jego zachowanie na boisku, na to, jak dobrze broni i z jaką precyzją wznawia grę, nikomu by do głowy nie przyszło, że w prawdziwej piłce debiutował zaledwie pół roku temu. Filip Daems, kapitan drużyny i podpora defensywy. Etatowy wykonawca rzutów karnych, w tym sezonie już trzykrotnie wpisał się na listę strzelców, skutecznie egzekwując „jedenastki”. O 22-letnim Marco Reusie powiedziano już prawie wszystko. To na 99% jego ostatni sezon w barwach klubu, którego jest wychowankiem. Ostrzą sobie na niego kły Bayern i kilka zagranicznych klubów, a wątpliwe, by działacze z Gladbach potrafili obojętnie przejść obok wielomilionowej oferty. Z kolei Argentyńczyk Raul Bobadilla to jeden z najlepiej wyszkolonych technicznie atakujących w całej Bundeslidze. Jego panowanie nad piłką, zmysł strzelecki i zdolność do podejmowania trafnych decyzji tworzą nam obraz bardzo niebezpiecznego napastnika.








