O takich snajperach jak on w środowisku mówi się, że mają GPS na znalezienie pozycji do strzału. Piłka go szuka. To cechuje tylko wybrane jednostki i predestynuje je do zrobienie kariery. Jedni wykorzystują ten dar skutecznie, drudzy zaś nie wykorzystują jego potencjału. Nie ma między tym kompromisu. Niewątpliwie taką umiejętność posiada Kacper Przybyłko. Na razie jednak nie da się go jednoznacznie ocenić.
W tym sezonie, na pierwszy rzut oka, jego sytuacja nie wygląda źle. Wystąpił we wszystkich szesnastu meczach, które dotychczas rozgrywała jego drużyna w 2. Bundeslidze. W tym czasie strzelił pięć goli. Wynik ten nie rzuca na kolana, ale jeśli weźmie się pod uwagę siłę rozgrywek zaplecza najwyższego szczebla ligowego w Niemczech, jest całkiem przyzwoity. Problem w tym, że Przybyłko do bramki drużyny rywala trafia bardzo nieregularnie. Najpierw na listę strzelców wpisał się 25 lipca, następnie 28 sierpnia, a później dopiero 27 listopada. Mimo to w klasyfikacji najlepszych snajperów zajmuje ex aequo z sześcioma innymi piłkarzami dziesiąte miejsce.

Mało tego, jest on najskuteczniejszym zawodnikiem w swoim zespole, a trener Konrad Fuenfstueck konsekwentnie na niego stawia. Miłą relację ze szkoleniowcem przesłania trochę fakt, że zaufanie, którym obdarzony został Polak, wynika nie z wyśmienitej formy zainteresowanego, ale z braku jakiegokolwiek manewru. Sebastian Jacob, inny napastnik, aktualnie leczy poważną kontuzję i w zasadzie jedynym konkurentem jest teraz znany z Lechii Gdańsk Antonio Colak, który nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Na razie strzelił tylko dwa gole, więc groźny dla Przybyłki raczej nie jest.
Liczby prezentują się więc nie najgorzej, a jednak 22-latek coraz częściej spotyka się z krytyką. Powód jest jeden – zawodnik Kaiserslautern razi nieskutecznością. Kolejne jego pudła denerwują kibiców i innych zawodników „Czerwonych Diabłów”. Gdyby nie jego brak umiejętności wykorzystywania stuprocentowych okazji, drużyna miałaby na koncie kilka punktów więcej i zamiast w środku tabeli, znajdowałaby się gdzieś w czołówce. Ręce załamywał pewnie również sam Fuenfstueck, ale nic nie mógł zmienić, ponieważ nie posiadał żadnej sensownej alternatywy. Na gol swojego napastnika czekał, aż do 27 listopada i mecz z… byłą ekipą Przybyłki, Greuther Fürth, a także 999 minut, czyli kupę czasu. Niemoc strzelecką polski reprezentant młodzieżowych reprezentacji przełamał dopiero w 68. minucie spotkania, kiedy po idealnym dośrodkowaniu Chrisa Loewego trafił do bramki rywala. Później dołożył jeszcze drugą bramkę i mógł cieszyć się z przełamania. Kibice również odetchnęli z ulgą, ale chyba każdy w Kaiserslautern zdaje sobie sprawę z faktu, że te dwa trafienia są tylko chwilowym zamiataniem brudów pod dywan. Problem jest głęboko zakorzeniony.










