Joe Hart w Torino – konia z rzędem temu, kto jeszcze w czerwcu przewidziałby taki scenariusz. Pierwsze emocje już opadły, przed Anglikiem wkrótce debiut na obczyźnie, a my zastanawiamy się, jakim torem ta historia może się potoczyć. Żyjemy w takich oto czasach, gdy każdy ruch Wyspiarza do ligi włoskiej, francuskiej czy hiszpańskiej traktujemy z dużym przymrużeniem oka. Być może wynika to z faktu, że od wielu lat Anglicy wytworzyli wokół swojego futbolu na tyle specyficzny klimat, który wyraźnie odróżnia inne rozgrywki na Starym Kontynencie. I nie mówimy tu tylko o stylu gry, lecz również o takich aspektach jak samo życie codzienne i ligowa otoczka. Brytyjczyków dzieli przecież dość sporo od, przykładowo, gorących głów południowców, dla których calcio to religia. Przed Hartem niełatwe zadanie przezwyciężenia demonów, które od kilkudziesięciu już lat ciążą na gwiazdach brytyjskiego futbolu.
„Łagodny Olbrzym” legendą „Juve”
Wybierając Turyn, Joe Hart trafia do miasta, w którym brytyjscy piłkarze cieszą się dość dobrą sławą. Głównie jednak czynią to kibice „Starej Damy”, którzy w 1997 roku właśnie Wyspiarza wybrali najlepszym zagranicznym zawodnikiem w historii klubu.
Nazywał się John Charles, a urodził się w walijskim Swansea. Do Juventusu trafił jako gwiazda Leeds United za rekordowe wówczas 65 tysięcy funtów. Trudno się było dziwić, w końcu dla angielskiego klubu w ciągu ośmiu lat ustrzelił aż 150 goli. Jego bilans w barwach „Bianconerich” również przeszedł do historii. Dzięki 93 bramkom w 150 spotkaniach napastnik wydatnie pomógł swojemu zespołowi w zdobyciu aż trzech scudetto i dwóch Pucharów Włoch. Na włoskich boiskach zyskał miano „Łagodnego Olbrzyma”, gdyż nigdy nie został ukarany.
Do Italii powrócił jeszcze kilka lat później, przywdziewając trykot AS Roma. Jednak to w Turynie Charles pozostał legendą klubu na wieki wieków. I do dziś to prawdopodobnie najwybitniejszy Wyspiarz (a z pewnością najbardziej utytułowany), jaki kiedykolwiek wybiegał na włoską murawę. Przynajmniej w opinii kibiców „Juve”, ponieważ zapytani o to samo ci nieco bardziej „neutralni” fani calcio mogliby wskazać np. na Gerry’ego Hitchensa, wieloletniego zawodnika: Interu, Torino, Atalanty i Calgriari. Piłkarz ten był jednym ze sporej grupy przedstawicieli Wysp, którzy w latach 60. postanowili spróbować gry na włoskim podwórku. Dużo w tym zasługi wspomnianego już Charlesa. Jego talent i znakomita gra skłoniły kluby Serie A do większej obserwacji angielskiego rynku piłkarzy, stąd w następnej dekadzie ruch do Włoch zaczął odbywać się w zmożonym i bardziej intensywnym tempie. Inną sprawą była jednak sama jakość, którą przy większej liczbie nietrudno zachwiać.
Hithcens jednak na tle masowych transferów okazał się bardzo dobrym strzałem. Niezwykle szybko wyrobił sobie markę solidnego ligowca, który wyróżniał się doskonałą grą w powietrzu. Praktycznie w każdej drużynie, której barw przyszło mu bronić, nie zawodził, pokazując klasę i pełen profesjonalizm. Sam najwyraźniej polubił klimat półwyspu Apenińskiego, gdyż mimo propozycji powrotu do Anglii postanowił zostać i grać w słonecznej Italii. Decyzja ta kosztowała go utratę prawdziwej szansy w kadrze, gdyż ówczesny szkoleniowiec, Alf Ramsey, wolał stawiać na „domowych” graczy.










