Jamesa Rodrigueza czeka niezwykle ważne letnie okienko transferowe. Kolumbijczyk nie może być pewny wykupu przez Bayern Monachium, a wraz z przybyciem Zidane’a drzwi do Realu wydają się zamknięte.
Wyboista droga w Madrycie
James Rodriguez przychodził w 2014 roku do Realu Madryt z AS Monaco za oszałamiającą kwotę 83 mln dolarów. Wielki występ na mundialu i tytuł króla strzelców tej imprezy otworzyło mu drzwi do futbolu na najwyższym poziomie. Ostatni „Galactico” Florentino Pereza miał być kolejnym ofensywnym ogniwem „Królewskich”, już wtedy straszących tercetem BBC. James posiadał wszystko, co potrzebne, by zrobić furorę w tak wielkim klubie jak Real Madryt. Wspaniała technika, boiskowa elegancja, wielka twarz marketingowa oraz jedna z najlepiej ułożonych lewych stóp współczesnego futbolu. Wydawało się, że to się musi udać.
Pierwszy sezon Kolumbijczyka na Santiago Bernabeu był przecież fenomenalny – 13 bramek i 13 asyst tylko w samej lidze. James szybko rozkochał w sobie madryckie trybuny swoim efektownym stylem przypominającym najlepszych brazylijskich magików, a także wiecznie obecnym na twarzy uśmiechem. W pewnym momencie utarło się powiedzenie, że on po prostu nie strzela brzydkich bramek. Sielanka skończyła się jednak już w kolejnym sezonie, gdy w lidze pod wodzą Beniteza oraz Zidane’a strzelił zaledwie siedem bramek oraz zaliczył oseim asyst.
W szczególności to Francuz coraz rzadziej widział Jamesa w podstawowym składzie Realu, a jego system nie przewidywał miejsca dla typowej „dziesiątki”. Tercet Kroos – Casemiro – Modrić, a także bezpośredni rywal, Isco, systematycznie wypychali Kolumbijczyka na margines zespołu. Pojedynek Jamesa z Isco na długie miesiące podzielił społeczność madridismo, gdyż po kilku nieudanych eksperymentach wyszło na jaw, iż obaj piłkarze nie mogą jednocześnie przebywać na boisku i jednego z nich trzeba będzie posadzić na ławce.
Jeszcze gorzej było w rozgrywkach 2016/2017, gdy James spadł w hierarchii nawet za Asensio czy Lucasa Vazqueza. Królowi strzelców mundialu 2014 zdecydowanie nie pomogły też coraz częstsze kontuzje, które zmusiły go do opuszczenia 63 dni sezonu. Problemy z ustabilizowaniem formy, a także dobra dyspozycja innych zmienników nie pozwoliły już Jamesowi na dobre zaistnieć w drużynie Realu, gdzie pełnił rolę bardzo drogiego jokera. Jedynym wyjściem dla piłkarza wydawało się opuszczenie stolicy Hiszpanii. Klub z Concha Espina nie znalazł odpowiedniego kupca dla swojego zawodnika, po którego zgłosił się jednak Bayern Monachium z opcją wypożyczenia. Wydawało się wtedy, że Bundesliga to idealny kierunek na odbudowę wielkiej formy gwiazdora.
Bez błysku w Bayernie
„Królewscy” wypożyczyli Kolumbijczyka na dwa lata z opcją wykupu za promocyjną kwotę 42 mln euro. Już ta liczba dobrze oddaje to, jak bardzo 27-latek stracił dzisiaj na wartości. Wydawało się wtedy, że Bawarczycy – jak mają w zwyczaju – dokonali świetnego transferu za naprawdę rozsądne pieniądze. Tymczasem dotychczasowego pobytu Jamesa w monachijskim klubie raczej nie można określić jako niezwykle udanego. Mimo nieustannych pochlebstw ze strony Niko Kovaca czy Karla-Heinza Rummenigge, który stwierdził nawet, że „wszyscy są z Jamesa zadowoleni”, trudno nie odnieść wrażenia, że Kolumbijczyk nie daje drużynie wystarczająco dużo. Czy przychodzi wam do głowy jakiś wielki występ Jamesa z poważnym rywalem, który mógł przypomnieć o drzemiącym w nim ogromnym potencjale? Nawet jeśli coś by się znalazło, to było tego zdecydowanie zbyt mało.










