Po przeciętnym El Clasico liczyliśmy, że w niedzielne popołudnie obejrzymy spotkanie godne derbów. Nieco wyblakły ostatnimi czasy mecz pomiędzy Romą a Lazio zapowiadał się jako najciekawsze starcie tych drużyn od lat. Jednak rzeczywistość boleśnie sprowadziła nas na ziemię. Pierwszy raz od kilku sezonów mogliśmy oczekiwać od derbów Rzymu meczu godnego marki przypisanej temu starciu. Wrócił doping na Stadio Olimpico (ponad 30 tys. kibiców Lazio i 7 tys. Romy), a przede wszystkim spotkanie miało realną wartość. Obie drużyny są w świetnej formie i walczą o czołowe miejsca w tabeli. Zwykle dla Lazio derbowy pojedynek był okazją, by zamazać obraz kolejnego straconego sezonu. Tym razem miało być inaczej. A co dostaliśmy w pierwszej połowie meczu? Jeden celny strzał i pseudokontrowersję, o której godzinami będą dyskutować we włoskich mediach. A poza tym nic. Zero. Dno. Zaczęliśmy się więc poważnie zastanawiać, dlaczego tak zapowiadane spotkanie jest takim paszkwilem i oto nasz przepis na spieprzone derby.
1) Zbyt dobra ofensywa obu drużyn
Tak, tak, ten podpunkt to nie błąd. Zbyt dobra gra drużyn w ofensywie (27 goli Lazio i 33 bramki AS Roma po 14 kolejkach) sprawiła, że obie strony za bardzo się pilnowały. Każdy wiedział, że przy takiej mocy w ataku to zachowanie czystego konta będzie kluczem do zwycięstwa. Dlatego też przez 60 minut meczu oglądaliśmy mityczne „badanie siebie nawzajem”, co zaowocowało dwoma strzałami celnymi na bramkę rywali i, mniej więcej, trzema naprawdę składnymi akcjami. Zazwyczaj ofensywnie grający skrzydłowi Lazio, Felipe Anderson i Keita Balde , tym razem byli w pełni skoncentrowani na pilnowaniu strefy itd. Podobnie było w drużynie AS Roma.
2) Brak specyfiki derbowej
To największy grzech, kiedy mecz derbowy staje się pojedynkiem dwóch dobrych drużyn. Tak było tym razem. Poza paroma momentami dało się odczuć, że ważniejsze od pokonania rywala zza miedzy były trzy punkty. Od ponad dekady Lazio „gra” rolę tego słabszego w Derby della Capitale, piłkarze „Biancocelestich” zwykle jeżdzą na tyłkach i walczą po to, by wygrać choć ten mecz, skoro w walce o scudetto i tak liczyć się nie mogą. Dziś zagrali za sobą nie wrogowie z jednego miasta, a drużyny, które dzielił jeden punkt. Ot taka subtelna różnica, która sporo zmieniła.
3) Zły scenariusz na mecz
Nie było bramki w pierwszych minutach ani żadnych kontrowersji. To otworzyłoby spotkanie już na samym początku jak w ostatnich derbach. Tym sposobem skazano kibiców na czekanie na pierwszy błąd jednej ze stron. Kiedy to się stało, Roma zabiła mecz, strzelając drugiego gola w 77. minucie. Gdyby nie to, przynajmniej ostatni kwadrans byłby emocjonujący. A tak poza dwoma bramkami „Giallorossich” nie zadziało się nic emocjonującego.











