Lech Poznań swój trzeci udział w fazie grupowej Ligi Europy rozpoczynał domowym meczem z Benficą Lizbona. Po niezapomnianej przygodzie w sezonie 2010/2011 i ostatnim występie sprzed pięciu lat „Kolejorz” wraca tam, gdzie jego miejsce. Na inauguracyjne starcie do Poznania przyjechał bezapelacyjny faworyt grupy D. Lech Poznań wcale się go nie przestraszył, a nawet bardzo mocno mu się postawił. To jednak nie wystarczyło, by Benfice urwać chociażby punkt.
Największą niewiadomą przed czwartkowym spotkaniem były wyjściowe jedenastki obu zespołów. Szkoleniowiec gospodarzy, Dariusz Żuraw, w tym spotkaniu nie mógł liczyć na pauzującego za czerwoną kartkę kapitana zespołu, Lubomira Satkę. Słowaka zastąpił znacznie mniej doświadczony Tomasz Dejewski. Po stronie gości sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Pierwotnie sporo mówiło się o możliwej podróży Portugalczyków bez większości podstawowych graczy. Te głosy – „stety” lub niestety – się nie sprawdziły. Trener Jorge Jesus zabrał ze sobą najsilniejszy skład, dzięki czemu Lech Poznań już na samym starcie tej edycji Ligi Europy mógł sprawdzić się na tle mocnego rywala.
Lech Poznań bez strachu, ale i doświadczenia
Przed spotkaniem trener Lecha Poznań zapewniał, że jego drużyna niezależnie od poziomu rywala będzie grała tak jak w każdym innym spotkaniu. „Kolejorz” chce dominować i po prostu grać w piłkę, a nie tylko przeszkadzać w tym przeciwnikom. Słowa szkoleniowca nie poszły na marne, potwierdziła je postawa całego zespołu już od początku spotkania. Trzy strzały z dystansu Jakuba Modera, żeby za chwilę pierwszą groźną sytuację goście zamienili w rzut karny. Po zagraniu ręką Tomasza Dejewskiego „jedenastkę” na bramkę zamienił Pizzi. Jedyne, co budziło lęk w szeregach Lecha Poznań i jego kibiców, dość szybko wyszło na jaw.
Chwilowo zepchnięty Lech Poznań po straconej bramce otrzymał możliwość kontrataku. Już pierwszy udało się wykorzystać w 15. minucie. Wszystko zaczęło się od świetnego podania w kierunku Alana Czerwińskiego, któremu pozostało jedynie wyłożyć futbolówkę Ishakowi. Szwed z najbliższej odległości wyrównał wynik spotkania. Pierwszy kwadrans gry pokazał, jak mobilny w grze jest Lech Poznań. Umiejętność prowadzenia gry czy natychmiastowe użycie szybkich boków. Po utracie bramki „Kolejorz” udowodnił, że nie potrzebuje wielu okazji, aby szybkim atakiem zdobyć bramkę. Tak kompletnej drużyny – na standardy polskiej piłki – dawno nie widzieliśmy. Taki Lech Poznań musi się podobać.











