W Polsce byli wielkimi gwiazdami, za granicą chowali wyłącznie piłki do worków. Każdy pokładał w nich ogromne nadzieje, lecz po przejściu przez bramkę na lotnisku znikali jak kamfora. Stawali się pośmiewiskiem na skalę kraju, gdzie każdy wytykał ich palcami. Niektórzy z nich dzisiaj wracają do ekstraklasy z podkulonym ogonem.
Zawodników, którzy wyjechali z naszej ligi z myślą, że staną się gwiazdami światowego formatu, było wielu. Zbyt wielu. O tych graczach można by napisać książkę, a w zasadzie to encyklopedię. Co nazwisko, to ogromna futbolowa wtopa, która sprawia, że chciałoby się im dać mołdawski paszport. W swoich zagranicznych klubach nie byli nawet zapamiętani z twarzy, a co dopiero z danych personalnych.
Nie trzeba daleko szukać. Do Legii wrócił Dominik Furman, czyli ten, który miał zawojować Ligue 1. W styczniu zeszłego roku Furman przeprowadził się do Tuluzy, która miała być przystankiem w jego karierze. Jak się później okazało, ta podróż była dla niego krokiem w tył. No bo, jak sam przyznał, powrót do Warszawy jest krokiem w przód. Hmm… być może, jak tak będzie dalej podróżował, za parę lat będzie mógł odebrać nagrodę Ballon d’Or.
Zagraniczna przygoda Grzesia Sandomierskiego zakończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Po doskonałych dwóch sezonach w ekstraklasie oczarowane Genk postanowiło sprowadzić tego młodego bramkarza. Efekt? Całe jedno spotkanie przeciwko KMSK Deimze w Pucharze Belgii, w którym wpuścił dwa gole. Widocznie to było za wiele dla szkoleniowca belgijskiego klubu. Mimo że Sandomierski non stop grzał ławkę, to nie zdecydowano się go sprzedać. Genk wolał go wypożyczać do rozmaitych klubów. Koniec końców, stoczył się on tak bardzo, że stał się wyłącznie „ręcznikiem” w bydgoskiej bramce.
Nie chcemy być złośliwi, ale Matusiakowi powinniśmy nadać tytuł ojca chrzestnego zagranicznych wojaży. Można powiedzieć, że był wszędzie, ale nie grał nigdzie. Po swoim znakomitym sezonie w Bełchatowie postanowił wyjechać w okamgnieniu na Sycylię, by tam móc zasmakować piękna włoskiego futbolu. Niestety, dla Pana Radosława ta podróż okazała się jedynie wakacyjna. Aby się odbić od dna, postanowił wyjechać do holenderskiego Heerenveen. Tam działy się cuda na kiju. Matusiak wrócił na chwilę do Wisły, by znów wrócić do Holandii, następnie zawiesił karierę, aby ponownie ją wznowić. Idealny materiał na powieść – „Boso przez Świat z Radosławem Matusiakiem”.














