Sezon ligowy już za nami, Euro dopiero za dwa tygodnie, jest więc trochę czasu na zajęcie się czymś, co umili nam oczekiwanie na czerwcowy turniej. Proponujemy lekturę publikacji, o której już od dłuższego czasu jest głośno. Zresztą całkiem słusznie.
Książka, w przeciwieństwie do zalewających nas ostatnio miernej jakości biografii wszelakich topowych zawodników, już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie porządnej. Okładka jest bardzo estetyczna, papier dobrej jakości, a czcionka niepowiększona. Wszystko jest tak, jak być powinno w solidnie wydanej publikacji. No dobrze, napatrzyliśmy się na szatę graficzną, teraz czas na czytanie. O to przecież w tym wszystkim chodzi.

Zaczynamy. Szybko, łapczywie otwieramy książkę, kartkujemy, póki nie natrafimy na blok tekstu, i czytamy. Hmm… Coś jest nie tak. O co chodzi? Dlaczego to wszystko jest tak słabo napisane? Znów kartkujemy, aż w końcu odkrywamy tajemnicę. Kilka pierwszych stron to przedmowa prezesa polskiego fanklubu AC Milan. Przedmowa mierna, taka, którą można z czystym sumieniem sobie odpuścić. Docieramy do właściwego początku książki i jest już lepiej. Widać, że redakcją zajął się człowiek biegły w swoim fachu. Pierwsza strona, druga, dziesiąta, pięćdziesiąta. Cholera, trzeba przestać, trzeba iść spać. Ale jak tu spać, kiedy zamiast tego można czytać? Już zdradziłem tajemnicę, nie zostawię jej na koniec – książka jest dobra. Naprawdę dobra.
Z pewnością każdy z was czytał wiele biografii piłkarzy. Pele, Maradona, Zidane, Xavi i milion innych graczy doczekało się książek na swój temat. Zazwyczaj nie są one złe, akurat takie, żeby przypomnieć sobie karierę zawodnika, jego największe osiągnięcia, najpiękniejsze gole. Do tego może garść informacji o rodzinie i koniec. Wszystko utrzymane w cukierkowo-laudacyjnym stylu, wszystko takie jakby naiwne. Bo przecież połowa czytelników nie zauważy, że w historii jest jakaś dziura, że pominięto coś ważnego. Kluczowe nie jest przedstawienie dokładnego obrazu – kluczowe jest przedstawienie obrazu pozytywnego. Właśnie to odróżnia książkę niezłą od dobrej. Niezła opowiada, dobra tłumaczy. Tak jak wspomniałem, „Ja, Ibra” to książka zdecydowanie dobra.
Zlatan nie koloryzuje, otwarcie i bez skrępowania mówi o rzeczach, o których inni by nie wspomnieli. O tym, że w dzieciństwie kradł nie dlatego, że był biedny – dlatego, że to dawało mu dreszczyk emocji. Mówi o tym, że prześladował kolegów, że wraz ze swoją paczką bił Bogu ducha winnych ludzi tak, że nie jest pewny, czy wychodzili z tego cało. Mówi o problemach rodzinnych – ojcu alkoholiku, wiecznie przepracowanej matce, która nie miała czasu dla swoich dzieci, o siostrze narkomance. Nie przebiera w słowach, nie rzuca komunałów. Analizuje. Można odnieść wrażenie, że ta książka to jego rozliczenie z przeszłością. Opowiadając dziennikarzowi swoją historię, Zlatan sam sobie to wszystko układa w głowie. I jest bardzo bystry, świetnie potrafi łączyć fakty, dostrzegać zależności i porządkować je tak, by dało się je ogarnąć. Czytając autobiografię, siedzimy w głowie „Ibry” i razem z nim wędrujemy od momentu, gdy jemu, małemu, biednemu chłopcu, ktoś ukradł ukochany rowerek, do chwili, gdy ten sam chłopczyk, już dorosły, wysiada wraz ze swoją partnerką i dwoma synami z prywatnego samolotu i na czerwonym dywanie opowiada dziennikarzom, że da ich drużynie upragnione mistrzostwo. Śledzimy powolny i bolesny proces dorastania wiecznego chłopca, który w ciągu dziesięciu lat z podlotka grającego całymi nocami w Call of Duty i jedzącego płatki kukurydziane zmienił się w faceta z klasą, dobrymi manierami i charakterem twardym jak skała. Ale ciągle grającego w Call of Duty.











