Gianni Agnelli, opisując grę Zbigniewa Bońka, nazwał go bello di notte. Co znaczy po włosku „piękny w nocy”. Dziś podobne określenie można przypisać zespołowi Napoli, który wbił się na światowe salony nieoczekiwanie i niespodziewanie. A już niedługo może się okazać, że pozostanie tam znacznie dłużej.
Zbigniew Boniek to jeden z najlepszych polskich piłkarzy wszech czasów. Część swojej kariery spędził we Włoszech, będąc pierwszym polskim piłkarzem, który w kwiecie wieku wyjechał za granicę, otrzymując pozwolenie od ówczesnych władz. Z Juventusem i Romą popularny „Zibi” święcił wiele triumfów. Także na arenie międzynarodowej, gdzie jego gra miała na drużynę największy wpływ. Mecze w Pucharze Europy toczono wówczas nocami, przy sztucznym świetle. Stąd też Gianni Agnelli, poprzedni prezes Juventusu, mówiąc o grze Bońka, nazwał go pięknym w nocy. Bello di notte. Co w praktyce oznaczało, że Polak pełnię swoich umiejętności pokazuje w meczach z najsilniejszymi rywalami. Wtedy kiedy od gwiazd wymaga się wniesienia na wyżyny. Ta sytuacja miała miejsce nie tylko w piłce klubowej, wszak Boniek był liderem kadry Antoniego Piechniczka na mistrzostwach w Hiszpanii. Tam Polska zajęła trzecie miejsce, a pomocnik już wtedy z Turynu błyszczał najjaśniejszym blaskiem.

Dzisiaj, po ponad 20 latach od zakończenia przez niego kariery, coraz mniej jest takich graczy pokazujących wszystkie swoje walory w najważniejszych starciach. Jednak chciałbym tu przywołać jako przykład nie jednego piłkarza, ale cały zespół. Napoli. Jest to ekipa nietuzinkowa. Posiadająca bogatego prezesa, Aurelio De Laurentiisa. Włoski producent filmowy w 2004 roku założył ten klub, po ogłoszeniu bankructwa przez S.S.C. Napoli. Szybko osiągnął ogromny sukces i już po sezonie 2006/2007 awansował do najwyższej klasy rozgrywek. I wówczas się zaczęło. Z każdym rokiem nowa ekipa pięła się w górę. Już w trzecim roku awansowała do Ligi Europy, by w kolejnym, wykorzystując słabszą formę Romy i Juventusu, znaleźć się w Lidze Mistrzów. Zdobycie tego trofeum stało się obsesją De Laurentiisa. Podporządkował temu wszystko. Zatrudnił znakomicie rozwijającego się szkoleniowca, z nową myślą trenerską. Kupił młodych perspektywicznych piłkarzy i to mu się opłaciło.
Napoli to jeden z nielicznych teamów na świecie, który gra trójką obrońców. Zawsze. Jednak można sobie na pozwolić, gdy z przodu ma się tak znakomity tercet. Cavani, Lavezzi i Hamsik – trójka wzbudzająca strach wśród każdej defensywy. Lecz kiedy oni zawodzą, pojawia się pewien problem. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Pogodzenie występów w Lidze Mistrzów z krajowymi rozgrywkami może być bardzo trudne dla jej nieetatowych uczestników. Boleśnie przekonała się o tym Borussia Dortmund. Niemiecka ekipa, mimo że trafiła do przeciętnej grupy, zajęła ostatnie miejsce i pożegnała się z pucharami. Napoli nie miało już tyle szczęścia. Jako debiutant było losowane z ostatniego koszyka. Trafiło najgorzej, jak mogło, do grupy śmierci. Bayern, Manchester City i Villarreal to nie Olympiakos czy Marsylia. To przedstawiciele trzech najsilniejszych lig świata. W starciach z nimi drużyna Waltera Mazzarriego skazywana była na porażkę. Jednakże to właśnie jest ta niezwykłość włoskiej grupy, którą można dostrzec w tym sezonie. Kiedy naprzeciwko staje niezwykle trudny rywal, Napoli wznosi się na swoje wyżyny.










