Po meczu Bayernu z Juventusem włoska piłka została nieźle spoliczkowana przez niemiecką machinę do wygrywania. Dwie bramki „Bawarczyków” strzelone ekipie ze stolicy Piemontu to tak na dobrą sprawę najmniejszy wymiar kary, jaką otrzymali podopieczni Antonio Conte. Dziś warto rozważyć, czy to, że ostatni przedstawiciel włoskiej ekstraklasy przegrał, jest przyczyną fenomenalnej postawy niemieckiej drużyny, czy też dramatycznie słabej gry „Bianconerich”.
Wojna pomiędzy Bayernem a „Juve” zaczęła się już właściwie w sobotę, gdy Mueller i spółka rozgromili Hamburger SV 9:2. To, jak piłkarze Bayernu rozprawili się ze swoimi rywalami, budziło uznanie, i to nie tylko w Niemczech. Skoro wszyscy odlatywali przy zwycięstwie 10:0 reprezentacji Polski nad San Marino przed czterema laty, to tym bardziej trzeba było podziwiać zespół, który zmierza pewnym krokiem po swój kolejny tytuł mistrzowski.

Turyńczycy w tym czasie, gdy zespół dowodzony przez Juppa Heynckesa aplikował swoim przeciwnikom gola za golem, mierzyli się w Derby d’Italia z Interem. Chociaż drużyna mistrza Włoch to spotkanie wygrała, to można teraz gdybać, czy władze włoskiej ekipy nie mogły się starać o to, aby przełożyć mecz ligowy i skupić swoją uwagę na pojedynku w europejskich pucharach. Jednak Włosi mają na tyle inną mentalność od chociażby Anglików, że dla nich najistotniejsze są rodzime rozgrywki. I chociaż nie wiadomo, jak ważny mecz byłby w europejskich pucharach, to raczej nigdy nie będzie tak, że ligowe spotkanie zostanie odłożone na dalszy plan.
Podczas gdy wielu na świecie zachwyca się wyczynami Lionela Messiego w La Liga, na Półwyspie Apenińskim włoskie społeczeństwo skupia swoją uwagę na przykład na podziwianiu postawy sportowej Alessandro Del Piero w lidze australijskiej. Naturalnie w mediach można przeczytać to i owo na temat Argentyńczyka. Jednak informacje te są – z całym szacunkiem – pokroju codziennych nowin polskiej prasy z Niecieczy i miejscowego klubu.
Środowe nagłówki gazet we Włoszech były jasne i klarowne. Brzmiały one mniej więcej tak: „Wielki Bayern budził Juve”, „Dwa klapsy Bayernu utrudniły sprawę” czy „O nie, Juve, teraz będzie trudno”. Skoro media w kraju o kształcie buta mają świadomość tego, jak „Stara Dama” utrudniła sobie zadanie przed rewanżem, to chyba w istocie tak jest. Co prawda piłkarze Juventusu – co w sumie normalne – wciąż nie składają broni i jak Bonucci nawołują, że jeszcze nie wszystko stracone, ale przed rewanżem są w trudnym położeniu. Takie śmiałe wypowiedzi można odbierać różnie.
Pewne jest, że taki mecz jak w ostatni wtorek długo nie przytrafi się takiemu bramkarzowi jak Buffon. Nie ma co ukrywać, że dwa stracone gole obciążają konto golkipera „Squadra Azzurra”. Ponadto gracze pasiastej drużyny nie tworzyli monolitu w pomocy. Zagubieni byli Quagliarella oraz Matri. Filigranowy Giovinco zachowywał się, jakby bał się wejścia niemieckich piłkarzy w stylu Cambiasso. Jeśli można kogoś wyróżnić w pozytywnym tego słowa znaczeniu we włoskiej drużynie, to będzie to Vidal. Jednak kartka też to wrażenie zmywa.












