Koniec hegemonii Interu? Wszystko wskazuje, że tak. Trwająca pięć lat sielanka powoli dobiega końca. Kto jest winien takiemu stanu rzeczy? Nowy trener, wypaleni piłkarze czy cierpiący na nadmiar ambicji prezes?
Śmiało można postawić tezę, że druga część pierwszej dekady XXI wieku we Włoszech należała do Interu. W latach 2006 – 2010 to „Nerazzurri” sięgali po scudetto. Prezesowi klubu, Massimo Morattiemu, nie wystarczyły triumfy na krajowym podwórku. Włoskiemu magnatowi od dawna marzyło się podbicie Europy. Pod wodzą Roberto Manciniego drużyna nie potrafiła się nawet przebić do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W 2008 roku postanowiono, iż nowym trenerem Interu Mediolan zostanie Jose Mourinho. Portugalczyk potrzebował dwóch sezonów, aby spełnić marzenie ambitnego prezesa. Po zdobyciu Pucharu Europy Mou otwarcie stwierdził, iż osiągnął z klubem wszystko i potrzebuje nowych wyzwań. Trener rozstał się z mediolańczykami w przyjaznej atmosferze i wyjechał do Hiszpanii szukać szczęścia w Realu Madryt. Massimo Moratti postanowił, iż sukcesorem Portugalczyka zostanie Rafael Benitez. Trener, do którego przylgnęła łatka wielkiego stratega i motywatora, miał za zadanie wykrzesać z mediolańskich i sytych już gwiazd wolę walki o kolejne trofea. Jak dotąd jego działania spalają się na panewce.
Przygoda Beniteza z Interem nie rozpoczęła się tak jak oczekiwano. Hiszpan co prawda swój pierwszy oficjalny mecz wygrał i zdobył Superpuchar Włoch, ale w meczu o Superpuchar Europy nie było już tak różowo. „Nerazzurri” w konfrontacji z Atletico zaprezentowali się beznadziejnie. Zespół został obnażony ze wszystkich swoich atutów. Brakowało stylu oraz pomysłu na grę. Madrytczycy gładko rozprawili się z mistrzami Włoch, wygrywając w stosunku 2:0. Wówczas stało się jasne, że Inter nie powtórzy wyczynu FC Barcelona z poprzedniego sezonu. Katalończycy triumfowali we wszystkich rozgrywkach, w których uczestniczyli. Massimo Moratti nie wylewał łez. Uważał, iż Beniezowi należy dać czas, aby po swojemu poukładał zespół. Wszak celem numer jeden jest obrona mistrzostwa Włoch oraz Ligi Mistrzów.
Cierpliwość prezesa jak na jego usposobienie była wręcz anielska. Zdzierżył nawet remisy z beniaminkami. Dla niego liczyły się zbliżające derby z Milanem. W ostatnich latach „Rossoneri” przyzwyczaili się do uznawania wyższości swoich rywali. 14 listopada miało być podobnie. Tym bardziej, że Inter formalnie występował w roli gospodarza. Tamtego dnia jednak wszystko sprzeciwiło się „Nerazzurri”. Podopieczni Beniteza przegrali 0:1, a nóż w plecy wbił Zlatan Ibrahimović. Massimo Morattiego rozsierdziło nie tyle porażka, co styl, w jakim się ona dokonała. Mistrzowie Włoch praktycznie ani razu nie zagrozili bramce Abbiattiego. Prezes kipiał ze złości i postawił Benitezowi ultimatum: zwycięstwa w dwóch najbliższych meczach. Część zadania już została oblana. Inter przegrał z Chievo 1:2, a dodatkowo Samuel Eto’o błysnął głupotą, kopiując zachowania Zinedine Zidane z finału mistrzostw świata. Benitez na konferencji prasowej mimo wszystko chwalił swój zespół, a porażkę zrzucił na karb pecha. Co więcej usprawiedliwił wyczyn Kameruńczyka, twierdząc, że jeśli sędziowie nie widzieli całego zajścia, to ono po prostu się nie wydarzyło. Takie tłumaczenie dowodzi, że Benitez pogubił się nie tylko jeśli chodzi o prowadzenie zespołu. Hiszpan musi teraz w meczu Ligi Mistrzów udowodnić, że zasługuje na pracę na San Siro. Jeśli wyjście z grupy okaże się dla niego za wysokim progiem, to Moratti rozstanie się z nim bez żalu. Tym bardziej, że media już podają, że prezes jest po słowie z kilkoma trenerami.










