W AC Milan mieliśmy wiele znakomitości. Takie legendy, jak: Nordhal, Van Basten, Rivera czy Baresi nie musieli prosić się o wychwalanie ich pod niebiosa. Swoją grą i dokonaniami przyćmiewali resztę europejskich indywidualności, żaden z tych piłkarzy nie grał dla sławy czy pieniędzy. Jednak zdarzają się takie przypadki, w których piłkarze, trenerzy czy też działacze domagają się postawienia pomnika i spędzenia reszty życia jako gwiazda, legenda, przykład do naśladowania.
Pomocna dłoń miliardera
Początek lat osiemdziesiątych to czarna karta w historii „Rossonerich”. Wtedy to została ujawniona afera, która pogrążyła mediolański klub. „Totonero”, bo taką właśnie nosiła nazwę, sprawiła, że AC Milan wylądował w Serie B, zaś prezydent klubu został dożywotnio zdyskwalifikowany. Poszło o to co zwykle, czyli o ustawianie meczów. Wydawało się, że Milan szybko awansuje do wyższej ligi i tak też się stało. Był tylko jeden problem. W następnym sezonie mediolański zespół nie zdołał się utrzymać i po raz drugi został zdegradowany. I znów powtórka z rozrywki. „Rossoneri” po raz drugi w historii wygrali Serie B. Niestety, zespół był nękany problemami finansowymi, co odbijało się na grze. Miejsca w środkowej części tabeli – to wszystko, na co było wtedy stać Milan. I wtedy, w 1986 roku, pojawił się on. Człowiek, który wydźwignął ten tonący okręt na powierzchnię i co więcej, dzięki wsparciu finansowemu, utworzył z niego postrach całej Europy. Tak właśnie wyglądały początki ery Silvio Berlusconiego.
Na trofea nadszedł czas

Na San Siro zaczęli przybywać piłkarze, którzy stali się legendami Mediolanu. Van Basten, Gullit, Rijkaard, a także Donadoni, Ancelotti, Baresi, Maldini czy też Tassotti to zawodnicy, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii klubu. Siedem tytułów mistrza Włoch, pięć Pucharów Europy, Puchar Włoch, pięć Superpucharów Europy, dwa Puchary Interkontynentalne oraz klubowe mistrzostwo świata. Wszystko to zdobył Milan za czasów prezydentury Silvio Berlusconiego. Na San Siro grali najlepsi, jak: Weah, Baggio, Albertini. Jeśli chodzi o bardziej aktualną historię, to zawodnicy, tacy jak: Szewczenko, Pirlo, Seedorf, Kaka, Rui Costa zostaną na długo zapamiętani przez tifosich Milanu. Klub regularnie mieszał w Serie A i dochodził do dalekich faz Ligi Mistrzów. Jednak nadszedł czas, kiedy niektórzy piłkarze zaczęli się starzeć i powoli gasła ich gwiazda.
Przewlekła choroba
Milan grał dobrze, aż do sezonu 2007/2008. Silvio Berlusconi uważał, że klub nie potrzebuje transferów, skoro w zeszłym sezonie wygrał Ligę Mistrzów. Jedynym, który uradował kibiców swoją obecnością na San Siro, był Alexandre Pato. Młody Brazylijczyk został zakupiony z brazylijskiego Internacionalu. Wtedy młokos z ogromnym potencjałem, dziś zawodnik, bez którego Milan ma poważne problemy ze zdobywaniem bramek. Wspomniany sezon 2007/2008 to siarczysty policzek, wymierzony Berlusconiemu. Prezydent Milanu nie uważał, że klubowi potrzebne są wzmocnienia i wszyscy wiemy, jak się to skończyło. Piąte miejsce w lidze i odpadnięcie z Ligi Mistrzów zaraz po wyjściu z grupy nie wróżyły dobrze. Kibice zaczęli się zastanawiać, czy ich zespół nie łapie zadyszki. Mieli rację. Owa zadyszka przypomina teraz przewlekłą chorobę płuc. Objawów nie chciał widzieć Berlusconi, który robił dobrą minę do złej gry, a Adriano Galliani bez pieniędzy prezesa załatwiał tylko takie transfery, które zadowalały jego prezydenta. Tak jak na przykład przejście Ronaldinho z Barcelony do Milanu. Piłkarz wypalony, najlepsze lata ma za sobą, a do tego rozbija się po nocnych klubach i ma problemy z utrzymaniem wagi. Nic dziwnego, że „Barca” chciała się go pozbyć. W Barcelonie byłby rezerwowym, zaś w Milanie otrzymał tytuł niemalże królewski i stał się adoptowanym synem Berlusconiego, który piał ze szczęścia, że tak znany gracz postanowił grać dla jego klubu. Tak samo było z Beckhamem i Szewczenką, którzy byli wypożyczeni do Milanu. Ukrainiec zamienił wcześniej Mediolan na Londyn, gdzie nie grał już tak dobrze, jak w barwach „Rossonerich”. Starzeć zaczęli się Pirlo, Gattuso, Seedorf, a do tego odszedł Kaka, lecz prezydent Milanu wciąż nie widział problemu lub nie chciał go widzieć. Na pokrzepienie zmartwionych kibiców zatrudnił Leonardo. Mimo tego od pierwszej minuty swojej pracy stał się kozłem ofiarnym prezydenta. Brazylijczyk miał świeżą koncepcję gry, która mogła okazać się dobra, gdyby nie piłkarze, których miał do dyspozycji i ciągłe ingerencje Berlusconiego, który nawet mieszał się w ustawienie zespołu. Leonardo miał jednak swoją dumę. Brazylijczyk odszedł po zakończeniu sezonu 2009/2010, w którym to Milan znów nie zabłysnął.











