Po wydarzeniach, które miały miejsce w sobotę, cały piłkarski świat zatrzymał się na chwilę. Kolejna śmierć piłkarza, do której doszło w karetce pogotowia w drodze ze stadionu. Wcześniej zawodnik zasłabł na boisku. Zmarł piłkarz, a więc człowiek z pasją. Czy musiało się tak stać? Z włoskich mediów napływają coraz to nowsze, bardziej dramatyczne informacje.
To, co wydarzyło się w miniony weekend we Włoszech, jest bez wątpienia tragedią. Piermario Morosini, zawodnik Livorno, padł na murawę podczas meczu Serie B z Pescarą. Była 31. minuta spotkania. Piłkarz osunął się na murawę, próbował wstać, co mu się jednak nie udało, znów bowiem upadał. I tak kilkakrotnie. Chciał krzyczeć o pomoc, jednak przez gardło nie przeszło mu żadne słowo. Zanim spostrzegli się koledzy z zespołu, szybko zabrała go karetka do szpitala. Niestety, w drodze umarł. Oficjalnie z powodu ataku serca. – Niestety, przyjechał tu już martwy. Miał zawał serca. Nie mogliśmy nic zrobić – mówił później doktor De Blasi z lokalnego szpitala. Zastanawiające jest to, że po kilku dniach po śmierci Morosiniego zaczęli wypowiadać się inni specjaliści. – Gdyby przy linii bocznej był defibrylator, życie Piermario Morosiniego zostałoby uratowane – mówiła nie tak dawno we włoskiej prasie lekarz kardiolog Daniela Aschieri. Następnie owa pani wytoczyła kilka zarzutów wobec lekarzy, którzy znajdowali się wówczas na stadionie.

Gdy miał 13 lat, zmarła mu matka, Camilla. Niespełna dwa lata później życie zadało mu kolejny cios. Umarł mu ojciec, przez co w wieku 15 lat został sierotą, musiał żyć bez rodziców. Jakby było tego mało, kilka lat temu w wypadku samochodowym stracił też brata Francesco. W ostatnich dniach jego życia towarzyszyła mu już tylko niepełnosprawna siostra. Razem wspierali się w trudnych chwilach, których nie brakowało w rodzinie Morosinich. Przed kilkoma laty Morosini udzielił szczerego wywiadu, w którym opisywał przykre wspomnienia z przeszłości. – Ludzie często pytają, dlaczego wszystkie nieszczęścia skupiają się właśnie na mnie. Nie potrafię znaleźć odpowiedzi i to powoduje jeszcze większy ból. Życie jednak toczy się dalej. Istnieją takie sytuacje, które odciskają na tobie piętno. Te same rzeczy powodują jednak złość i pomagają w osiąganiu założonych celów. Chciałbym zostać dobrym piłkarzem, w szczególności dla moich rodziców. Wiem, że byliby ze mnie dumni. Ta myśl dopinguje mnie jeszcze bardziej – opowiadał wówczas. Morosini był twardym człowiekiem, bo musiał. Był również twardym piłkarzem, który zawsze wiedział, czego chce. Zawsze pragnął grać na najwyższym poziomie, a z piłki czerpał wiele radości.











