Drogi czytelniku. Rozsiądź się wygodnie w fotelu, zrelaksuj się i wymień kilku angielskich piłkarzy, którzy grają w lidze innej niż ojczysta. Jeśli nie przyszedł ci do głowy nikt, to nie martw się, bo nic w tym dziwnego.
Anglicy nie lubią wystawiać czubka nosa ze swojej norki. W tym sezonie w najwyższych ligach francuskich czy niemieckich nie znajdziemy żadnego zawodnika urodzonego w Anglii. We Włoszech jest jedynie Ashley Cole i wypożyczony przez Fiorentinę Micah Richards. W Portugalii również na próżno szukać obywateli państwa Elżbiety II. Nic więc dziwnego, że Roy Hodgson na zgrupowania powołuje samych zawodników z Premiership.
Ostatnim Anglikiem, który robił naprawdę dobre wrażenie w zagranicznym klubie, był Joe Cole. Jeden sezon spędził na wypożyczeniu we francuskim Lille, wystąpił w 32 meczach i strzelił cztery bramki. Odżył tam po nieudanej przygodzie w Liverpoolu, dzięki czemu wrócił na boiska Premier League wprost z czarnej otchłani. Wcześniej był także m.in. Beckham w Realu, przykładów jest jednak jak na lekarstwo.
Anglików w innych krajach jest niewielu, wydawałoby się więc, że wszyscy przebywają stadami w Premiership. Nic z tego. Praktycznie nigdzie nie ma tylu obcokrajowców co w angielskiej ekstraklasie piłkarskiej. W kadrze Manchesteru United spośród 27 zawodników tylko 12 to Anglicy. W „The Citiziens” jest ich tylko 5 z 24, w Arsenalu 6, w Liverpoolu 8. W ligowych średniakach jest porównywalnie. Szansę na wybicie mają tylko Anglicy grający w klubach skazanych na spadek. Tych jednak nie stać na utrzymanie swoich gwiazd, które przechodzą do drużyn silniejszych i grzeją tam ławę. Przykładem Adam Lallana, rewelacja Southampton z poprzedniego sezonu. Obecnie po przeprowadzce do Liverpoolu zagrał tylko w dziewięciu meczach, w każdym średnio po 68 minut.
Sprawa zarobków jest tu bardzo ważna. Nigdzie indziej nie zarobi się tyle pieniędzy, ile w Premier League. Tam kluby płacą najlepiej. Przeciętny piłkarz dostaje tam 43 tysiące funtów tygodniowa. Druga pod względem zarobków jest Bundesliga, w której średnia to 28 tysięcy. Jest różnica? I to całkiem solidna, zwłaszcza że w kolejnych ligach, włoskiej i hiszpańskiej, zarobki są tylko niższe zaledwie o parę tysięcy. Rozpieszczonych Anglików nikt zatrudniać w takiej Francji czy Hiszpanii nie będzie, bo nawet przeciętny zawodnik urodzony w kraju ze stolicą w Londynie zażąda pensji takiej, że potencjalny nabywca może zatrudnić dwóch innych grajków o tej samej klasie. Ponadto mało kto może sobie pozwolić na zatrudnianie tak drogich w utrzymaniu zawodników.
Inna sprawa, że obecnie kluby angielskie wolą sprowadzać do drużyny piłkarzy z zagranicy, niż dawać szansę na grę swoim wychowankom. Masa młodych chłopaków tuła się po niższych ligach, bo w swoich klubach nie ma szans na grę. A potem znika i Premiership zna tylko z opowiadań swoich dawnych, starszych kolegów z drużyny. Najczęściej Francuzów, Hiszpanów, Holendrów itd. Zaś kluby grające w najwyższych ligach zagranicznych nie mają żadnego biznesu w ściąganiu do siebie piłkarza np. z The Football League One (trzecia angielska klasa rozgrywkowa).
Cały problem doskonale widać na przykładzie reprezentacji Lwów Albionu. Praktycznie zawsze można zgadnąć, kogo powoła Roy Hodgson na zgrupowanie, bo i wybierać nie ma w kim. W samych drużynach Premiership mało jest Anglików, gra ich jeszcze mniej, natomiast szukanie ich poza Wyspami to prace niemal syzyfowe.











