Szóste miejsce na mecie sezonu, 31 punktów straty do mistrza – Bayernu Monachium – i brak awansu do rozgrywek Ligi Mistrzów po raz czwarty z rzędu – takim bilansem zeszły sezon zakończyło Schalke 04 Gelsenkirchen. Wynik, biorąc pod uwagę wielką historię „Koenigsblauen” i oczekiwania kibiców, bardzo przeciętny. Nic dziwnego, że nad Gelsenkirchen powiał mocny wiatr zmian.
Zaczęło się od zmiany na ławce trenerskiej. W miejsce Roberto di Matteo, który zastąpił Jensa Kellera w trakcie kampanii 2014/2015, na Veltins Arena trafił Andre Breitenreiter. Dyrektor sportowy, Horst Heldt, a także kierownictwo klubu wierzyło, że jest on w stanie dokonywać cudów podobnych do tych z Paderbornu, kiedy niewiele zabrakło, aby drużyna absolutnego debiutanta, skazywana od początku na klęskę, utrzymała się w Bundeslidze.
DNA nowego trenera Schalke w Paderbornie można było opisać kilkoma zwrotami: nieustępliwość, walka, chęć narzucania własnego stylu gry. Taktyka ta nie okazywała się w każdym meczu skuteczna, nie zapewniła w końcowym rozrachunku niespodziewanego utrzymania, ale suma summarum debiutancki sezon Breitenreitera w roli trenera klubu Bundesligi należało zapisać na wielki plus. Schalke miało być wielką trampoliną do wspaniałej kariery trenerskiej.

Latem Schalke było aktywne na rynku transferowym. Kibice musieli przełknąć co prawda gorzką pigułkę związaną z odejściem, pod koniec okna transferowego, do Wolfsburga Juliana Draxlera, który przez ostatni sezon pobytu w Gelsenkirchen przebywał częściej w gabinetach lekarskich niż na boisku, ale mimo to był największym asem w talii Horsta Heldta.
Do klubu przybyli natomiast tacy gracze, jak m.in. znany wcześniej z występów we Freiburgu Sascha Riether, Junior Caicara, który nabrał doświadczenia w czasie gry w Lidze Mistrzów w barwach bułgarskiego Ludogorca, Franco di Santo, który notował dobre występy w Werderze Brema, a Pierre-Emile Hojbjerg trafił na wypożyczenie z Bayernu. Najdroższym nabytkiem był jednak Johannes Geis, który za 12 milionów euro zamienił skromne Mainz na głodne sukcesów Schalke. O nim, obok Leroya Sane, mówiło się chyba najwięcej i najgłośniej, kiedy podsumowywano rundę jesienną.
Ilość nie poszła w jakość. Letnie nabytki Schalke nie pokazywały do końca tego, czego od nich oczekiwano. Zawodzili dwaj nowi prawi obrońcy: Riether i Caicara, di Santo nie potrafił powtórzyć wyczynów strzeleckich z Werderu, a Hojbjerg cały czas nie potrafił potwierdzić na boisku wszystkich splendorów, które spływały na niego, kiedy wchodził do pierwszej drużyny Bayernu.
Nie zawiódł tylko Johannes Geis, który bardzo dobrze kierował grą w środku pola, chociaż i w jego przypadku znajdzie się też bardzo duża rysa na jesiennych występach. Mowa nie o jakieś głupiej stracie w środku pola, ale o zdarzeniu z 25 października, kiedy w brutalny sposób sfaulował Andre Hahna z Borussii Moenchengladbach, za co słusznie otrzymał czerwoną kartkę, 15 tysięcy euro grzywny, pięć meczów zawieszenia, ale przede wszystkim piętno, które będzie ciążyło na wychowanku Greuther Fuerth być może do końca kariery.










