Ostatnia porażka Liverpoolu z Wolverhampton spowodowała, że nad Hodgsonem zawisły i tak zbierające się już od dłuższego czasu czarne chmury. Nieporozumienia na linii on – kibice w dodatku je spotęgowały. Sam szkoleniowiec nigdzie jednak się nie wybiera.
Po ostatniej ligowej porażce ekipa „The Reds” z Hodgsonem na czele została wygwizdana. Kibice życzą sobie zatrudnienia na jego miejsce klubowej legendy, Kenny’ego Dalglisha. Nic dziwnego, skoro ich ulubieńcy przegrali z ekipą, która do tamtej pory, w tym sezonie, nie odniosła żadnego zwycięstwa na wyjeździe. Hodgson zdenerwował też kibiców swoimi uwagami. Przyznał on, że nigdy nie zaznał prawdziwego wsparcia od sympatyków Liverpoolu.

Jak sam jednak potem się tłumaczył, jego słowa zostały źle zinterpretowane i przeprosił za zamieszanie. Nie oznacza to jednak, iż 63-letni szkoleniowiec wywiesił białą flagę i się pakuje. Ba, nie zamierza on się ruszać z Anfield. Chce zaś odwrócić zaistniałą sytuację.
– Długo mi zajęło osiągnięcie pozycji trenera jednego z najlepszych klubów w Europie. Byłem niezwykle zadowolony z otrzymania tej posady. Sam musiałem zrezygnować z bardzo dobrej, żeby ją objąć, więc ostatnią rzeczą, o której myślę, jest odejście z takiego klubu bądź w ogóle z futbolu. Chcę tu być, dokonać zmian, odwrócić sytuację i pomóc zespołowi oraz nowym właścicielom w osiągnięciu sukcesu, którego pragną – powiedział Hodgson.











