Ostatni mecz tego weekendu w Premier League zapowiadał się wyjątkowo z dwóch względów: Bolton rozgrywał swój pierwszy mecz pod wodzą Owena Coyle’a, a Arsene Wenger znów mógł skorzystać z usług Cesca Fabregasa.
Faktycznie, powrót do składu hiszpańskiego rozgrywającego znacznie poprawił grę Arsenalu i od samego początku to właśnie goście z Londynu posiadali inicjatywę. Wyjątkowo efektownie wyglądała zwłaszcza współpraca trójki środka pola: Fabregasa, Arszawina i Eduardo, a golkiper Boltonu musiał kilka razy popisać się swoimi umiejętnościami. Jednak i Jaaskelainen popełnił w końcu błąd i tylko zła interpretacja sytuacji sędziego Phila Dowda nie dała gościom rzutu karnego po tym, jak bramkarz gospodarzy sfaulował kapitana „Kanonierów”.
Po pierwszym kwadransie gry Bolton otrząsnął się z przewagi Arsenalu i sam groźniej zaatakował kilka razy, wykorzystując błędy młodego Eastmonda, który nieoczekiwanie znalazł się w wyjściowym składzie gości. To jednak wspomniany Hiszpan dał pretendentom do mistrzowskiego tytułu prowadzenie na Reebok Stadium po świetnej wymianie podań w polu karnym gospodarzy z Eduardo. Jussi Jaaskelainen nie miał nic do powiedzenia przy mocnym uderzeniu Fabregasa. Jeszcze tuż przed przerwą aktywny Klasnić w prosty sposób ograł Williama Gallasa, ale ku rozpaczy swoich fanów źle przyjął piłkę i Almunia nie musiał się wysilać przy interwencji.
Mimo że Bolton do przerwy przegrywał, to dało się zauważyć dużą poprawę gry zespołu pod wodzą Coyle’a. Zmieniło się również nastawienie kibiców tej drużyny, którzy tym razem głośno wspierali swoich piłkarzy, co z kolei za rządów Megsona było dość rzadkim widokiem. W 60. minucie po świetnym dograniu Klasnicia do Taylora ten drugi w prostej sytuacji przestrzelił kilka metrów nad bramką Manuela Almunii, nie wykorzystując świetnej okazji do wyrównania. Ten sam zawodnik po kolejnych kilkunastu minutach idealnie ominął pułapkę ofsajdową obrony Arsenalu, ale niepotrzebnie próbował uderzać z kilkudziesięciu metrów, zamiast podprowadzić jeszcze piłkę.
Arsenal, mimo że przez większą część drugiej gry miał znaczną przewagę w posiadaniu piłki, nie potrafił stworzyć sobie równie klarownych sytuacji co w pierwszej połowie. Najbliżej zdobycia bramki był Vermaelen, ale jego uderzenie z rzutu wolnego było minimalnie niecelne. Dopiero jeden z kontrataków gości dał im podwyższenie, gdy dośrodkowanie Eduardo trafiło do młodego Hiszpana, Frana Meridy, a ten z pięciu metrów nie miał problemów z pokonaniem Jaaskelainena. To pozwoliło „Kanonierom” dograć ostatnie minuty na wielkim spokoju, w dalszym ciągu rozgrywając piłkę w środku pola, nie dając większych szans gospodarzom na strzelenie kontaktowej bramki.
Wygrywając Arsenal znów dołączył do Manchesteru United i Chelsea, a czołowa trójka zdaje się oddalać od reszty stawki. Natomiast Bolton czeka długa walka o utrzymanie, ale kibice tej drużyny po debiucie Owena Coyle’a mogą czuć się trochę pewniej, myśląc o kolejnych spotkaniach.










