„Zawsze moją uwagę przyciągały kluby malutkie, które czasem dosłownie cudem wdarły się na szczyt” (ROZMOWA)


Rozmowa z futbolowym maniakiem, który zwiedza świat w poszukiwaniu wielkiej piłki, a także kolekcjonuje piłkarskie gadżety

24 kwietnia 2019 „Zawsze moją uwagę przyciągały kluby malutkie, które czasem dosłownie cudem wdarły się na szczyt” (ROZMOWA)
Archiwum prywatne Sławomira Tybora

Są wśród nas ludzie niezwykli. Tacy, którzy udowadniają, że jeśli naprawdę chce się spełniać marzenia, to nic nie stoi na przeszkodzie. Trzeba tylko chcieć. Jedną z takich osób jest groundhopper Sławomir Tybor, wielki fan Wisły Kraków, który oglądał mecze piłki nożnej na żywo na ponad 150 stadionach! Jego podróże w poszukiwaniu wielkiej piłki obfitują w wiele niezapomnianych wrażeń.


Udostępnij na Udostępnij na

Dobry mecz to świetne urozmaicenie dnia?

Oczywiście! Cała ta meczowa atmosfera, przygotowania do wyjazdu, jeśli trzeba podjechać gdzieś dalej…

Niegdyś bywał Pan regularnie na meczach Wisły Kraków. Również na wyjazdach?

Na wyjazdach jednak rzadziej, ale owszem, bywałem i na wyjazdach.

Z pewnego źródła słyszałem, że miał Pan ciekawe przeżycia na kilku wyjazdach. Mógłby Pan coś o nich opowiedzieć?

Niech mnie Pan, Panie Wojtku, nie ciągnie za język! (śmiech)

Ależ to bardzo ciekawe musi być!

Kiedyś… to było już naprawdę dawno, wybraliśmy się z synem na mecz do Jaworzna. Szczakowianka, ta słynna Szczakowianka kupująca potem mecze itd. Pan tego na pewno nie pamięta, ale historię być może zna z różnych przekazów historycznych… Jechaliśmy wtedy do rodziny w Lubuskiem, planowaliśmy się wybrać na mecz do Chociebuża, gdzie grał już „Tata” Kałużny, a po drodze zawitaliśmy do Jaworzna. Szczakowianka miała podejmować Wisłę Kraków. Oczywiście bilety były tylko na sektory „miejscowych” kibiców – jechaliśmy przecież prywatnie… Przed meczem występ Blue Cafe, które zaczynało swoją dużą karierę…

Pamięta Pan ten mecz?

Oczywiście! Kiedy na 1:0 strzelił Maciek Żurawski, a ja z okrzykiem radości wystrzeliłem w górę, zapominając, gdzie siedzimy! Doskonale pamiętam to srogie spojrzenie syna i ciągnięcie za rękaw, abym usiadł.

Musiało się zrobić gorąco…

Oj, ciepło mi się wtedy zrobiło, bardzo ciepło! Te przeszywające spojrzenia kilku wyrośniętych, muskularnych panów… Jeszcze teraz się uśmiecham pod nosem! Ze stadionu po meczu wychodziliśmy bardzo szybko.

Miał Pan też okazję spać w namiocie przy torach.

Po meczu nie mieliśmy już żadnego połączenia do Wrocławia, a że mieliśmy ze sobą namiot, ruszyliśmy w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca pod jego rozbicie. Idąc drogą wzdłuż torów, skręciliśmy na pobliską łąkę, nie wiem, jak udało nam się ten namiot rozbić i położyliśmy się spać. Dopiero rano okazało się, że tory gwałtownie skręcały, a my rozbiliśmy namiot hmmm… Troszkę obok!

We Wrocławiu natomiast spał Pan na dworcu?

Widzę, że sporo już wiesz… Już nie przedłużając – tak, we Wrocławiu po całodniowym zwiedzaniu miasta i odwiedzinach stadionu Śląska na Oporowskiej kolejną noc spędziliśmy na dworcu!

Tak wracając do wydarzeń boiskowych… Doskonale Pan pamięta wyniki i strzelców goli. A co z pierwszym meczem w Pana życiu? Pamięta Pan to wydarzenie?

To bardzo trudne pytanie.

Nie wątpię…

Pamiętam doskonale stary stadion Wisły, mecz z GKS-em Bełchatów i bramkę dla Wisły, która padła już w doliczonym czasie, kiedy z siostrzeńcem podążaliśmy już do wyjścia. Pamiętam dużo wcześniejsze spotkanie z Szombierkami wygrane 4:0, ale z nazwiskami strzelców gorzej.

Z kolei pamięta Pan doskonale swój pierwszy mecz reprezentacji.

Pamiętam i to bardzo dobrze. To był mecz z Islandią w 1979 roku. Miałem wtedy 16 lat, stadion Wisły w Krakowie, zwycięstwo 2:0 i dwie bramki Romana Ogazy.

Wracając do reprezentacji… Z uwagi na to, że obecnie mieszka Pan we Francji, grzechem by było nie spytać o Euro 2016. Był Pan na jakimś meczu?

Najbliżej było mi do Lyonu na Groupama Stadium. Wziąłem wolne akurat na spotkanie grupowe Węgry – Portugalia 3:3 i potem Polska – Szwajcaria w St. Etienne na Stade Guichard. Gol Kuby, wyrównanie Shaquiriego, karne i awans do ćwierćfinału. Ten ostatni mecz to jeden z tych, które zapadły najbardziej w moją pamięć i sprawiły olbrzymią radość.

Archiwum prywatne Sławomira Tybora

Nawet nie potrafię sobie wyobrazić radości tam na stadionie. Ja szalałem przed telewizorem…

Ale i tak największa radość panowała w moim sercu po sławetnym 2:2 w Glasgow i potem 2:0 w Krakowie z Celtikiem. Niestety te mecze oglądałem tylko w czarno-białej telewizji

Ale ogólnie często Pan bywa na meczach nie przed telewizorem, ale pod chmurką?

Jeśli tylko czas pozwala oraz istnieje jakaś nadwyżka w budżecie, którą można przeznaczyć na bilet i ewentualną podróż, to tak. W miarę często wyprawiam się do Szwajcarii na mecze FC Meyrin albo do Genewy na Servette… Do Meyrin to nawet, jak mówią młodzi – „z buta”!

Ile stadionów Pan zwiedził?

Kurczę, naprawdę nie wiem! Jeśli udałoby mi się to policzyć… Pewno co najmniej… 150?

Kraje mógłby Pan wymienić? Albo chociaż ligi?

Chyba łatwiej wymienić te, gdzie nie byłem (śmiech). Ale tak na poważnie, to nie byłem na Wyspach Brytyjskich, w Portugalii, kilku krajach bałkańskich… Za to byłem i widziałem stadiony lig w Maroku i Egipcie! I jak tu nie marzyć, Panie Wojtku, kiedy świat jest taki duży…

mecz której ligi chciałby Pan najbardziej zobaczyć na żywo?

Zdecydowanie Anglii!

W takim razie, gdzie chciałby Pan obejrzeć pierwsze spotkanie Premier League na żywo? Anfield, Stamford Bridge czy może Old Trafford?

To ja wybiorę od razu dwa! Manchester i Liverpool! Bez względu na kolejność, ale może też być coś z League One!

Rozumiem, że ligi niedzielne też wchodzą w grę?

Może być nawet coś z National i niżej, byle w Anglii.

Czy takie podróże na mecz są drogie? Trochę świata Pan zwiedził w poszukiwaniu dobrej piłki.

Czasem nawet bardzo. Staram się też często – jakby to rzec – łączyć przyjemne z pożytecznym. Takie dwa w jednym. Mały rodzinny wyjazd w ciekawy, niepoznany jeszcze region Francji czy któregoś z sąsiednich krajów, gdzie akurat ma być rozegrany ciekawy mecz…

…by przy okazji coś zwiedzić na mieście?

Tak, dokładnie. Niedawno udało mi się odwiedzić Monaco i zobaczyć mecz z PSG czy ostatnio zawitać do Mediolanu na tak piękny obiekt, jakim jest jeszcze San Siro, i spotkanie Milanu ze SPALem. Ale tak kończąc wątek ekonomiczny, to jeśli uda mi się to „ogarnąć” w miarę wcześnie logistycznie, kupić wcześniej bilety, zarezerwować hotel, to nie jest to jednak aż takie drogie. No i wilk syty, i owca cała!

Archiwum prywatne Sławomira Tybora

Krzysztofa Piątka widział Pan w akcji?

Niestety na żywo tylko w barwach Cracovii, ale plany są. Może zdążę?

Z pewnością!

Tym bardziej że często podążam za synem, który ma bardziej profesjonalny kontakt z piłką, a ja wykorzystuję to tak jakby dla siebie. Znowu dwa w jednym.

Wracając do Pana hobby. Wiem, że kolekcjonuje Pan piłkarskie gadżety.

Tak i powiem Panu szczerze, że zaczyna mi brakować na nie miejsca.

Jest Pan w stanie wskazać najważniejsze fanty?

Hmmm… Szalik z finału LE Atletico Madryt – OM.

Był Pan na tym meczu?

Tak, znowu w Lyonie. Niesamowite wrażenia! Taka oprawa… Warto coś takiego przeżyć! Ale to tylko jeden z wielu ważnych. Tak myślę sobie, że trochę już się postarzałem i wszystkie są dla mnie bardzo ważne. Koszulki z autografami zawodników, szaliki, nawet malutkie „pinsy” z klubowym herbami.

Wiem również co nieco o jednej wyjątkowej pamiątce. Zdjęciu z Nenadem Bjelicą autorstwa – uwaga – Łukasza Trałki! Mógłby Pan opowiedzieć historię tej niezwykłej fotografii?

Tak. Pogubiłem się trochę w Chorzowie, szukając zjazdu do hotelu. GPS prowadził w kółko. Byłem zmęczony, więc auto zatrzymałem pod hotelem tej samej sieci. Idę do recepcji z zapytaniem, a w recepcji akurat przechodząca do hotelowej restauracji drużyna Lecha przygotowująca się do meczu PP z Ruchem. Nie bardzo wiedziałem, kogo by tu ustrzelić, ale wzrok przyglądającego mi się trenera podpowiedział. Grzecznie się przywitałem, spytałem, czy mogę zrobić z nim fotkę, ten się zgodził. Najbliżej był pan Tralka. Tak wyszło! Fotka trochę poruszona, ale pamiątka jest. Do własnego hotelu dotarłem już bez przeszkód.

Archiwum prywatne Sławomira Tybora

Czyli ma Pan zdjęcie z niedoszłym selekcjonerem Chorwacji?

Na to wygląda…  Albo inaczej, z aktualnym trenerem mistrza Chorwacji, Dinamo Zagrzeb. Tak swoją drogą tam też muszę się jeszcze wybrać!

Wracając troszkę do wątku kibicowskiego. Jest Pan wieloletnim kibicem Wisły. Trzy miesiące temu „Białej Gwiazdy” mogłoby nie być w ekstraklasie. Musi Pan przyznać, że trzy miesiące w futbolu to bardzo długo…

To bardzo długo. Wymiana wiadomości z kolegami kibicami w kraju, wychwytywanie jakichkolwiek informacji w internecie, długie chwile przemyśleń i zadumy. Bardzo się cieszę, że dziś Wisła jest w miejscu, w którym jest!

Chyba nie trzeba pisać, jak bardzo zaimponował Panu Kuba Błaszczykowski?

Tak i chyba nie tylko mnie! Mało jest dziś takich ludzi. Myślę, że niewielu piłkarzy czy ogólnie sportowców.

Tak na koniec – jakie jest Pana największe piłkarskie marzenie?

Hmmm… Strasznie trudne pytanie… Największe piłkarskie marzenie? Jest ich naprawdę kilka. Na pewno odwiedzić jeszcze kilka stadionów i to niekoniecznie tych z najwyższej półki. Zobaczyć na własne oczy paru zawodników poruszających się po murawie, oczywiście spędzić ileś tam minut na meczach… Największe marzenie Pan pyta… Nie byłbym chyba sobą! Chciałbym zawitać na stadion Wisły Kraków na spotkanie dające tej drużynie MP! A potem świętować z nią ten tytuł na krakowskim rynku pod Sukiennicami!

A komu Pan kibicuje? Poza Wisłą i reprezentacją Polski oczywiście…

Zawsze moją uwagę przyciągały kluby malutkie, które czasem dosłownie cudem wdarły się na szczyt, ostatnio np. Leicester w Anglii. Może łatwiej będzie mi wymienić te, które jakoś tam lubię, cenię. AC Milan na pewno, Liverpool jak poprzednio, ale też i Pogoń z mojego rodzinnego Miechowa czy Błękitni Falniów z niewielkiej wsi pod Miechowem, w którym to klubie ktoś kiedyś strzelił swoją pierwszą bramkę w oficjalnym meczu.

 

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski