Co roku w połowie lipca polscy kibice zaczynają się żywo interesować europejskimi pucharami, ponieważ ich ulubione krajowe zespoły muszą teraz rywalizować z potentatami z Azerbejdżanu, Litwy i Malty. Niestety, w zeszłym roku jeszcze przed zakończeniem wakacji komplet naszych pucharowiczów przeniósł się z boisk przed telewizory i o powtórce dawnych sukcesów przyszło nam jedynie pomarzyć. Tego lata jesteśmy ponownie świadkami utrzymywania się tradycji, tradycji wyprzedawania najlepszych graczy przez nasze topowe zespoły.
Na mecie poprzedniego sezonu Ekstraklasy Lech Poznań po osiemnastu latach przerwy w końcu sięgnął po mistrzostwo Polski. Większość fanów „Kolejorza” była świadoma, że wkrótce stolicę Wielkopolski opuści Robert Lewandowski. No cóż, w końcu udowodnił on, że w Polsce w ciągu dwóch lat da się wychować znakomitego zawodnika. „Lewy” pokazał się w lidze, potem w pucharach, a nawet zadebiutował w reprezentacji. Dziś, gdy Robert reprezentuje już barwy Borussii Dortmund, w Poznaniu trwa casting do obsadzenia roli bramkostrzelnego napastnika. Prezes Lecha Jacek Rutkowski okazał się mistrzem w karmieniu nas historiami, przy których seria przygód Shreka wydaje się bardziej wiarygodna. Na Bułgarską mieli zawitać kolejno: Brazylijczyk Cleo, najlepszy snajper Partizana Belgrad, reprezentant Burkina Faso Yssouf Kone z CFR Cluj oraz Egipcjanin Mido. Szkoda tylko, że zabrakło wśród nich Sebastiana Abreu, którego rok temu łączono z Legią.

Fani Lecha ze spokojem musieli przyjąć fakt, iż na Bułgarskiej nie będzie im dane oklaskiwać żadnego z wyżej wymienionych asów. W zamian za to zafundowano im Powrót Króla, Króla Artura Wichniarka. Co prawda ostatnio byłemu reprezentantowi Polski nie szło najlepiej, lecz w końcu jest w Poznaniu dobrze znany i lubiany. Jak można nie lubić kogoś, kto ma tak znakomite osiągnięcia, jak 0 (słownie: zero) bramek w poprzednim sezonie. Widać trener Jacek Zieliński likwiduje bezrobocie wśród starszych polskich piłkarzy. Dobrze się składa, bo bez pracy jest jeszcze Marcin Żewłakow. No cóż, to, poza Joelem Tshibambą, musi trenerowi Lecha Jackowi Zielińskiemu wystarczyć.
Ze swym młodszym kolegą po fachu doskonale dogadałby się Henryk Kasperczak. Warto przypomnieć, że to formacja defensywna była najcenniejszym skarbem w talii siwowłosego szkoleniowca. Spod Wawelu wyprowadzili się Arkadiusz Głowacki, Marcelo, Pablo Alvarez i Mariusz Jop. Na osłodę z wypożyczenia powrócił Mateusz Kowalski (przepraszam, kto?). Co to za problem dla „Henry’ego”? Siedem lat temu Wisła też okazała się hojna. W końcu klub pożegnał się z Kamilem Kosowskim, Marcinem Kuźbą i Kalu Uche, któremu zachciało się strajkować. Hojność ta jednak przerosła oczekiwania Anderlechtu Bruksela. Tak łatwego awansu do Ligi Mistrzów Belgowie dawno nie mieli.












