Oceania to piłkarskie peryferia. Kluby z Australii czy Oceanii nie są popularne poza kontynentem, reprezentacje tych krajów nie osiągają sukcesów na arenie międzynarodowej. Piłkarze także nie mogą się szczycić osiągnięciami w wielkiej piłce, Europę podbiło zaledwie kilku Australijczyków i jeden Nowozelandczyk. Ten nowozelandzki rodzynek to piłkarz o dźwięcznym przydomku „Kiwi” – Wynton Rufer.
Nowa Zelandia nie jest miejscem, które sprzyja rozwojowi piłkarskiego talentu. Znacznie bardziej popularną dyscypliną jest rugby, w którym „All Blacks” od wielu lat odnoszą ogromne sukcesy. Tubylcy wolą też grać w baseball czy krykiet, spychając piłkę nożną gdzieś pomiędzy saneczkarstwo a pływanie synchroniczne. W takich warunkach trudno podnosić swoje umiejętności, bo po prostu nie ma z kim trenować. Jeśli potraficie sobie wyobrazić chłopca w stroju sportowym z piłką nożną pod pachą, który zza siatki patrzy, jak jego rówieśnicy biegają za jajowatą piłką, to będzie to bliskie temu, co spotkało młodego Wyntona. Na szczęście Rufer mógł trenować codziennie, choćby na ulicy czy podwórku koło domu, bo równie wielkim entuzjastą futbolu był jego brat – Shane. Wynton szybko zapisał się też do lokalnego klubu, Wellington Diamond United, do którego dołączył już w wieku siedmiu lat. Tam już miał z kim grać, ktoś też dbał o to, żeby jego rozwój sprawnościowy przebiegał jak należy. Inna sprawa, że Rufer po prostu do tego klubu nie pasował, uchodził za postać z innej bajki. Był jedynym w tym towarzystwie, który kochał to, co robi, nie biegał za futbolówką tylko dlatego, że okazał się za wątły na uganianie się za jajowatą piłką, jak to było w przypadku wielu młodych chłopców z Nowej Zelandii. Wynton miał to coś, tę pasję, która skazywała go na sukces mimo trudnych warunków.

W pierwszym zespole Wellington Diamonds Rufer debiutował jako 18-letni chłopiec. W międzyczasie zaliczył też kilka występów w lokalnych klubach jak Stop Out i Miramar Rangers. Utalentowany napastnik nie czekał zbyt długo, zanim oglądający go w akcji skauci wywęszyli dobry interes. Piłkarza w swoich szeregach zapragnął angielski Norwich City. Po kilku dniach w hrabstwie Norfolk działacze zaoferowali nastolatkowi kontrakt, nie bacząc na fakt, czy otrzyma on pozwolenie na pracę. Rufer się nie zastanawiał i 23 października stał się pierwszym Nowozelandczykiem, który podpisał zawodowy kontrakt piłkarski. Anglii nie udało się podbić, a zdecydował o tym brak work permit, czyli pozwolenia na pracę. Zawodnik, który otrzymał pseudonim „Kiwi”, musiał szukać nowego klubu, by grać. Wybrał Szwajcarię, skąd pochodził jego ojciec. Szybko okazało się, że ten wybór był strzałem w dziesiątkę.
Przygoda z FC Zurych zaczęła się w maju 1982 roku. „Kiwi” miał już wówczas za sobą sześć meczów i trzy gole w reprezentacji kraju oraz tytuł najbardziej utalentowanego piłkarza w Nowej Zelandii. Zanim jednak wziął udział w meczach o punkty w lidze szwajcarskiej, pokazał swój nieprzeciętny talent przed całym światem. W 1982 roku Nowa Zelandia po raz pierwszy w historii zagrała na mistrzostwach świata i choć wszystkie mecze przegrała, a bohater niniejszego tekstu nie strzelił choćby jednego gola, to został pozytywnie zapamiętany. Rufer stanowił jakieś 80% siły ofensywnej Nowozelandczyków. Jego niewygodne strzały wielokrotnie siały zamęt w szeregach rywali, którzy musieli poświęcać mu znacznie więcej uwagi niż pozostałym piłkarzom. Snajper z Wellington pokazał, że jest nie tylko łowcą bramek, ale potrafi też wykonać efektowny rajd, zaskoczyć przeciwnika nieszablonowym dryblingiem czy huknąć jak z armaty z dużej odległości. Na tle przeciętnych kolegów z zespołu jego grę oglądało się z wielką przyjemnością, a miał przecież tylko 20 lat.













