Afrykanie nigdy nie osiągnęli żadnego sukcesu na arenie międzynarodowej. Kilka razy krajom z tego kontynentu udało się dotrzeć do ćwierćfinału mistrzostw świata, lecz strefa medalowa była zbyt wielkim wyzwaniem. Nawet kiedy turniej był rozgrywany w RPA, a Ghana miała na widelcu ostatnią przeszkodę stojącą na drodze do półfinału, obiad uciekł z widelca i zjadł konsumenta. Na igrzyskach olimpijskich było jednak zupełnie inaczej.
Bogatą historię startów olimpijskich zespołów afrykańskich na turnieju piłki nożnej rozpoczął wiele lat temu Egipt. Później udział brały różne drużyny, czasem mniej, czasem bardziej egzotyczne. Piękną kartę w swojej futbolowej historii zapisał Sudan, świetny występ zanotowała Zambia, dobre momenty miało Maroko, jednak medal wydawał się równie odległy co przepustka do najlepszej czwórki mistrzostw świata. Los miał się odwrócić w 1996 roku.

Na igrzyskach w Atlancie uczestniczyły trzy kraje z Afryki. W grupie A obok Portugalii, Argentyny i Stanów Zjednoczonych o awans bez powodzenia walczyła Tunezja. W grupie C świetny występ zanotowała Ghana, która pokonała m.in. Włochów 3:2 i w klasyfikacji końcowej ustąpiła jedynie Meksykowi. W ostatniej grupie znajdowała się Nigeria, która najpierw po golu Nwankwo Kanu pokonała ekipę Węgier 1:0, a następnie po trafieniach Tijani Babangidy i Jay-Jay Okochy zwyciężyła Japonię 2:0. Mecz z Brazylią miał być jedynie formalnością, choć porażka 0:1 przy zwycięstwie Japończyków z Węgrami mocno zagmatwała sytuację, jednak Nigeria ostatecznie awansowała z drugiego miejsca.
W ćwierćfinale Ghana stoczyła ekscytujący bój z Brazylią. „Canarinhos” prowadzili po samobójczym trafieniu Duodu, jednak gole Akonnora i Aboagye sensacyjnie wyprowadziły Afrykanów na prowadzenie. Brazylia miała jednak Ronaldo i Bebeto, ta dwójka w piętnaście minut strzeliła trzy gole i mecz zakończył się zwycięstwem zespołu z Ameryki Południowej 4:2. Ghana zakończyła swoją olimpijską przygodę. Nigeria rozgrywała swój mecz dwie godziny wcześniej, a po przeciwnej stronie barykady stanęła drużyna Meksyku, która w USA czuła się jak w domu. „Superorły” pokazały jednak, że mogą latać wysoko także na terenie przeciwnika, i po bramkach Okochy i Celestine Babayaro zwyciężyły 2:0. Medal dla Afryki był już prawie w garści, ale kolejną przeszkodą była… Brazylia.
Półfinał igrzysk olimpijskich w 1996 roku był wielkim wydarzeniem. Spektakl godny największych futbolowych gladiatorów rozpoczął się 31 lipca o godzinie 18:00, a areną był Sanford Stadium w Athens nieopodal Atlanty. 78 tysięcy widzów już po minucie gry zobaczyło pierwszego gola, którego strzelcem był późniejszy mistrz świata – Flavio Conceicao. W 20. minucie niefortunna interwencja Roberto Carlosa przyniosła wyrównanie, ale później Bebeto, a następnie ponownie Flavio Conceicao pokazali, kto w tym spotkaniu jest drapieżnikiem, a kto ofiarą. Jak napisaliśmy na wstępie, role czasem się odwracają i ofiara też czasem pożera drapieżnika, i tak właśnie było w tym przypadku. Najpierw w 78. minucie nadzieje Nigeryjczyków przywrócił Victor Ikpeba, a w doliczonym czasie gry bramkę na 3:3 strzelił Kanu. Dogrywka trwała zaledwie cztery minuty, w roli herosa ponownie wystąpił Nwankwo Kanu, który stał się niemalże bohaterem narodowym. Kiedy strzelił bramkę, brazylijskie gwiazdy z Bebeto, Ronaldo czy Roberto Carlosem zdawały się nie dowierzać, że to się stało. Złoty gol 18-letniego wówczas Kanu sprawił, że awans Nigerii do finału stał się faktem.











