Sukces można odnieść na różne sposoby. Można go osiągnąć, stosując ofensywne nastawienie, można też zamurować bramkę i szukać zwycięstwa poprzez grę z kontry. Jakkolwiek by się nie dążyło do sukcesu, wszystko sprowadza się do jednego, do zwycięstwa, bez tego się nie da niczego osiągnąć. Był jednak zespół, który tej tezie zaprzeczył.
Oczywiście PSV Eindhoven, bo o tym klubie mowa, najpierw musiał zwyciężyć w wielu meczach, żeby później osiągnąć sukces, o którym chcemy opowiedzieć. Zespół „Phillipsa” w sezonie 1986/1987 co tydzień udowadniał w lidze holenderskiej, że jest lepszy od Ajaksu, Feyenoordu i całej plejady konkurentów do tytułu mistrzowskiego. Podopieczni trenera Guusa Hiddinka prezentowali ciekawy futbol, stawiali na ofensywę, w której pierwsze skrzypce grali cenieni wówczas piłkarze jak Soeren Lerby, Hans Gillhaus czy Wim Kieft. O ich przyszłym sukcesie miało jednak zadecydować coś zupełnie innego.

Mistrzowie Holandii w pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów wylosowali Galatasaray Stambuł. Pozornie korzystne losowanie okazało się mało szczęśliwe, bo po zwycięstwie w pierwszym meczu 3:0 PSV przegrywał w rewanżu po pierwszej połowie już 0:2. W drugiej części spotkania defensywa z Erikiem Geretsem czy Ronaldem Koemanem wzięła się jednak do pracy i więcej bramek już nie padło. Ten dwumecz pozostawił pewne wątpliwości, czy sposób gry chłopców „Phillipsa” jest dobry na arenie europejskiej, czy ofensywne nastawienie będzie dobrym rozwiązaniem w starciach z silniejszymi rywalami, grającymi nieco inny futbol niż na Niderlandach. W kolejnej rundzie Holendrzy w starciu z Rapidem Wiedeń już nie atakowali tak ochoczo. Austriaków udało się pokonać, wyniki 2:1 i 2:0 wskazują na łatwą przeprawę, ale boiskowe wydarzenia mówią, że łatwo nie było. To Rapid w pierwszym meczu przez długi czas cieszył się z prowadzenia, dopiero trafienia van Aerle i Gillhausa w końcówce spotkania przesądziły o zwycięstwie PSV. Po zwycięstwie na wyjeździe mecz na swoim stadionie był już tylko formalnością, mistrzowie Holandii wygrali 2:0 i cieszyli się z promocji do kolejnej fazy rozgrywek.
I nagle stało się coś dziwnego. Maszyna się zacięła, a jednak wciąż dawała efekt w postaci sukcesów. W ćwierćfinale piłkarze z Eindhoven stanęli naprzeciwko mistrza Francji, Girondins Bordeaux. W pierwszym meczu udało się osiągnąć korzystny wynik, bo tak trzeba nazwać wyjazdowy remis 1:1, szczególnie, że to rywal jako pierwszy zdobył gola. W rewanżu Holendrzy drżeli do samego końca o awans do kolejnej rundy. Nie potrafili oni zdobyć gola, szczęśliwie broniąc dostępu do własnej bramki w ostatnich minutach meczu. Ostatecznie udało się dowieźć do końca bezbrakowy remis, który dawał przecież awans do półfinału, choć dwa remisy nie rozwiewają wątpliwości co do zasadności tego rozstrzygnięcia. Ale cóż, taka jest piłka.












