Są piłkarze, którzy przez lata oddają swoje zdrowie dla dobra klubu. Trwają w jednym miejscu, nie zważając na to, czy jest im w nim dobrze, czy sytuacja jest tak trudna, że nie sposób z optymizmem patrzeć w przyszłość. Bywa, że o dokonaniach takich piłkarzy zapomina się po zakończeniu przez nich kariery.
Marek Piotrowicz – to nazwisko zapewne niewiele powie przeciętnemu kibicowi polskiej ekstraklasy. Fani Górnika Zabrze skojarzą je bez problemu z piłkarzem, który rozegrał ponad 300 meczów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Jednak nawet niektórzy zabrzańscy fani młodego pokolenia mogą nie wiedzieć, z kim tak naprawdę mają do czynienia. Urodzony w Kossowej defensor powinien mieć trybunę swojego imienia na stadionie przy ulicy Roosevelta, spędził bowiem w tym klubie bez mała 16 lat i przez ten czas zapracował na pamięć, wdzięczność i szacunek.
Piotrowicz przyszedł na świat 20 listopada 1963 roku. Jako nastolatek był uważany za duży talent, został dostrzeżony przez trenerów młodzieżowej reprezentacji Polski. W 1983 roku był członkiem ekipy, która zdobyła brązowy medal na mistrzostwach świata do lat 20. Po zakończeniu etapu kariery juniora nie dostąpił jednak zaszczytu założenia biało-czerwonej koszulki, choć w lidze polskiej nie schodził poniżej solidnego poziomu i prezentował godną podziwu regularność.
Cieszący się opinią utalentowanego obrońcy piłkarz już w wieku 20 lat wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie Górnika Zabrze. Już w trzecim roku gry na stadionie przy ulicy Roosevelta mógł cieszyć się z tytułu mistrzowskiego, choć wówczas musiał ustąpić miejsca w pierwszym składzie bardziej doświadczonym i renomowanym kolegom. Górnik wówczas nie miał sobie równych w lidze, cztery triumfy z rzędu robią wrażenie, a wszystko to działo się z udziałem bohatera niniejszego tekstu. Podobnie było w europejskich pucharach. Zabrzanie mierzyli się wówczas z Realem Madryt, Glasgow Rangers, Anderlechtem Bruksela, Bayernem Monachium, HSV Hamburg czy Juventusem Turyn. Piotrowicz był ważnym elementem Górnika, kiedy ten miał tłuste lata, ale też został w tym klubie, kiedy nadeszły lata chude.
W latach 90. Piotrowicz dwukrotnie był wypożyczany, najpierw do Stali Stalowa Wola, potem do Sokoła Tychy. Potem jednak wrócił i na zakończenie kariery pomógł swojemu ukochanemu klubowi w najtrudniejszych chwilach. Kiedy w sezonie 1996/1997 zabrzanie ledwo wiązali koniec z końcem, nasz bohater dzielnie bronił dostępu do bramki, brakowało wówczas wszystkiego, łącznie z ciepłą wodą, ale nie brakowało ambicji. Rok później liczący 35 wiosen zawodnik zdecydował się zakończyć piłkarską karierę, zamykając swój ligowy dorobek na 313 meczach i dwóch bramkach (260 meczów i jeden gol ligowy dla Górnika Zabrze). Pomimo zejścia z piłkarskiej sceny wciąż pozostał blisko klubu. Po pewnym czasie pojawił się w sztabie szkoleniowym, dzieląc się swoim doświadczeniem z młodszymi piłkarzami.
Niniejsze fakty mówią, że Marek Piotrowicz powinien być uznawany za jedną z legend Górnika Zabrze. W zagranicznych klubach za przywiązanie do barw klubowych nazwano by jego imieniem jedną z trybun. W Polsce jednak nie docenia się pewnych rzeczy, które w innych krajach uchodzą za oczywiste. Marka Piotrowicza pozbyto się w Zabrzu bez żalu, jednak ostatnio znalazło się dla niego miejsce przy drużynie Młodej Ekstraklasy. Czasem warto zatrzymać w klubie byłych piłkarzy, którzy odegrali w nim ważną rolę, choćby po to, by symbol klubu pozostał w nim na dobre. Władze Górnika Zabrze odrobili więc lekcję i podjęli jedyną możliwą decyzję.










