Czasem zdarza się tak, że człowiek przez całe życie ciężko pracuje na sukces, ale ten jakoś nie przychodzi. Wylewa na treningach hektolitry potu, poświęca dnie i noce na rozmyślanie, co mógłby zrobić lepiej, ale wciąż jest tylko jednym z wielu, nie wybija się ponad futbolową przeciętność. Jednak zdarza się, że przychodzi dzień, w którym ten pozornie przeciętny sportowiec wdrapuje się na najwyższy szczyt sztuki futbolowej i w jednej chwili ma cały piłkarski świat u swoich stóp. Tak właśnie było z naszym bohaterem – Helmuthem Duckadamem.

Helmuth Robert Duckadam urodził się 1 kwietnia 1959 roku w niewielkiej rumuńskiej miejscowości Semlac. Początkowo nawet nie marzył o karierze piłkarza, ale z czasem odkrył w sobie dryg bramkarski. Talent był wystarczająco duży, by zacząć przygodę z piłką w Arad County i nawet zagrać w reprezentacji kraju, ale nie był na tyle wielki, by stać się rozpoznawalną postacią na Starym Kontynencie. Imponujący warunkami fizycznymi golkiper (193 centymetry wzrostu) już jako junior dostał kilka szans w młodzieżowej reprezentacji Rumunii, ale nie udało mu się wygrać rywalizacji z konkurentami. Nie błyszczał też w UT Arad, w którym – poza jednym sezonem – musiał pogodzić się z rolą rezerwowego. Ktoś jednak zauważył jego wysokie predyspozycje i w efekcie Duckadam w 1982 roku przeniósł się do znacznie silniejszej Steauy Bukareszt.
W Bukareszcie też początkowo uczył się sztuki bramkarskiej, podpatrując kolegów z ławki rezerwowych. W pierwszych dwóch sezonach wziął udział w 17 spotkaniach. Miejsce między słupkami na dobre wywalczył sobie rok później. Umocnienie jego pozycji w klubie zbiegło się z początkiem ery sukcesów Steauy. Zespół ze stolicy kraju sięgał po tytuły mistrzowskie w 1985 i 1986 roku, w tym pierwszym dokładając jeszcze triumf w krajowym pucharze. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść.

Zdobycie tytułu mistrzowskiego dawało ekipie Steauy udział w Pucharze Mistrzów. Tam wszystko układało się lepiej, niż ktokolwiek przypuszczał. Zaczęło się od wyeliminowania duńskiego Vejle BK, potem Steaua wyrzuciła za burtę węgierski Honved. W każdym z tych spotkań nasz bohater puszczał po jednej bramce, ale im wyżej zawieszona była poprzeczka, tym radził sobie lepiej. W ćwierćfinale był już niepokonany, choć zwyciężenie w dwumeczu Kuusysi Lahti wielkiej chluby nie przyniosło. Co innego półfinał, w którym po nikłej porażce 0:1 z Anderlechtem Rumuni wygrali u siebie 3:0, gwarantując sobie udział w finale. Tam czekała Barcelona z Alexanco, Schusterem czy Jose Carrasco. Choć Hiszpanie momentami atakowali bramkę Duckadama niczym pioruny najwyższe drzewa w czasie burzy stulecia, 90 minut gry nie przyniosło jednak rozstrzygnięcia. Nie pomogła też dogrywka – o losie Pucharu Mistrzów miały zadecydować rzuty karne. To mogła być wisienka na torcie dla 27-letniego wówczas Duckadama, który mógł ukoronować świetny występ skutecznymi interwencjami w serii „jedenastek”. Co jednak jeśli wiśnia okaże się tak monstrualnie wielka, że tort nie udźwignie jej ciężaru i rozkwasi się niczym rozdeptany pomidor? Golkiper Steauy bronił wszystko, nie dał się pokonać kolejno Alexanco, Pedrazie, Pichiemu i Marcosowi Alonso. Więcej prób nie trzeba było wykonywać, dwa celne strzały Rumunów dały ostateczny triumf, a Duckadam bronił tak wyśmienicie, że nikt nie pamięta jego dobrej gry przez całe 120 minut.












