„Farbowane lisy” – określenie, które obraża wielu zawodników, na dobre weszło w słownik piłkarski. Polska niejednokrotnie chcąc osiągnąć dobry wynik na turnieju, na który się zakwalifikowała, chętnie korzystała z usług piłkarzy, którzy z Polską nie mieli zbyt wiele wspólnego. „Biało-czerwoni” jednak nie są pierwsi i zapewne nie ostatni, którzy z tego korzystali. Mimo to swego czasu nie było końca dyskusji na temat tego, czy naturalizować bądź nie.
Wszystko właściwie zaczęło się na początku wieku, gdy czarnoskóry napastnik Polonii Warszawa – Emmanuel Olisadebe, zaczął brylować na polskich boiskach, czym przykuł uwagę samego selekcjonera reprezentacji Polski, Jerzego Engela. Walcząca o przepustkę na mundial po 16 latach niebytu na tak dużym turnieju kadra narodowa dostała zastrzyk w postaci skutecznego napastnika.
Podobnych przypadków było jednak więcej i choć Polska nie jest pionierem w tej kwestii, to dyskusji na temat tego, czy to dobra droga czy nie, było wiele. Czas zatem przypomnieć, jak to wyglądało przed laty, czy naturalizowanie obcokrajowców w czymś pomogło i czemu obecnie brakuje podobnych przypadków.
Olisadebe – przewodnik do Korei i Japonii
Był rok 1997, kiedy do Polski przyjechał nigeryjski napastnik urodzony w Warri. Jednocześnie po przybyciu do Europy podpisał kontrakt z Polonią Warszawa. W tej jednak nie grał zbyt często, ponieważ w kadrze „Czarnych Koszul” było kilku innych zawodników, którzy wygrywali rywalizację o miejsce w ataku.
Pogodzony z rolą rezerwowego młody napastnik zacisnął zęby, co w kolejnych latach przyniosło skutek. W ostatnim swoim sezonie w barwach Polonii bardzo przyczynił się do wywalczenia mistrzowskiego tytułu, dzięki czemu wywalczył sobie nie tylko wyjazd do zagranicznego klubu, ale i także debiut w barwach narodowych.
To w głównej mierze dzięki relacjom ze swoim trenerem, Jerzym Engelem, „Oli” mógł zaliczyć ciekawą przygodę z polską reprezentacją, z którą wywalczył awans na World Cup 2002 w Korei i Japonii. Trudno też nie docenić wkładu, jaki wniósł w ten sukces. Wszak został z ośmioma trafieniami najlepszym strzelcem reprezentacji i wielką nadzieją.
Zaliczył również trafienie w ostatnim grupowym spotkaniu na turnieju, jednak po odpadnięciu Polski jego przygoda z kadrą już nie należała do tak kolorowych. W końcu selekcjonerzy przestali go powoływać.
Magia Brazylijczyka
Polską reprezentację swego czasu wzmocnił również Brazylijczyk, którego naturalizowano na potrzeby europejskiego turnieju rozgrywanego w Austrii i Szwajcarii. Były to o tyle ciekawe czasy, że polską ekipą narodową zajmował się wówczas pierwszy zagraniczny szkoleniowiec i to niezwykle utytułowany na arenie europejskiej, i nie tylko.











