Ma już za sobą debiut w Lidze Mistrzów, a także pojedynek z gwiazdami Manchesteru United. Choć w barwach Arsenalu rozegrał dopiero 12 spotkań, menadżer zespołu o Łukaszu Fabiańskim wypowiada się w samych superlatywach. A co o sobie samym mówi polski bramkarz?
Korespondencja z Anglii
Ośrodek treningowy Arsenalu jest położony w Saint Albans, na północ od Londynu, około 40 minut jazdy samochodem od Emirates Stadium. Co ciekawe, potężna baza szkoleniowa, na którą składa się także akademia „Kanonierów”, jest schowana za zwykłymi domami i naprawdę trudno ją znaleźć w tym sennym mieście hrabstwa Hertford.
Piątkowy trening piłkarzy się przedłużał, co zarazem opóźniało rozpoczęcie przedmeczowej konferencji prasowej z Arsènem Wengerem o, bagatela, półtorej godziny. I choć wielu dziennikarzy lokalnych gazet zaczynało narzekać, starałem się zobaczyć jak najwięcej. Mimo że ośrodek do najnowszych nie należy, nadal imponuje wielkością oraz funkcjonalnością. Ponadto jest kuźnią talentów, które francuski menadżer stopniowo wprowadza do pierwszego zespołu.
Łukasz Fabiański przyszedł po treningu ubrany bardzo modnie. Nie „gwiazdorzył”, cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. Jeżeli nie miał o czymś zdania, szczerze to zaznaczał i przechodziliśmy do innego tematu. Imponował profesjonalnym i dojrzałym podejściem tak do swoje pracy, jak i życia. Co istotne, wyraźnie zaznaczył, gdzie zaczyna się sfera prywatności, którą sobie ceni i której nie chciałby przekraczać. Indywidualizm jest zapewne wpisany w specyfikę bramkarskiego bytu.
Robert Błaszczak: Możemy rozmawiać po polsku? Smolarek na początku przygody w Boltonie nie chciał odpowiadać na pytania w rodzimym języku.
Łukasz Fabiański: Szczerze, nie słyszałem o niczym takim.
Czy Ebi sobie poradzi w lidze angielskiej?
– A czemu nie? To świetny zawodnik, ma predyspozycje, aby zacząć grać częściej i lepiej. To jest Anglia, tutaj każdy potrzebuje czasu na aklimatyzację. Nie wszystko musi od razu wychodzić.
Ale Tobie ta sztuka udała się nader szybko.
– Jeżeli chodzi o moją osobę, to faktycznie nie miałem z tym problemów. Atmosfera, która panuje w klubie, pozytywnie wpływa na odnalezienie się w nowej rzeczywistości. Jestem otoczonym ludźmi młodymi, w podobnym wieku. Okres aklimatyzacji minął łatwo i przyjemnie.
Jakiś swój udział w tym masz, bowiem grasz bez zarzutów. Co więcej, wchodząc przeciwko United zaprezentowałaś się bardzo pewnie! Ręce nie zadrżały?
– No właśnie nie! I to nie chodzi o rywala, ale pierwszy raz w karierze zdarzyła mi się sytuacja, abym wszedł w takim momencie meczu. Wcześniej, będąc rezerwowym, na boisku pojawiałem się w przerwie. Przeciwko ManUtd zagrałem od około 75. minuty. Coś nowego dla mnie, nie miałem rozgrzewki typowo bramkarskiej. Ale żadnego niepotrzebnego stresu nie czułem. Aż sam byłem tym zaskoczony. Może pewności dodał mi występ w meczu Ligi Mistrzów? Na pewno ułatwiło to sprawę.
Rzuciłeś okiem na Tomka Kuszczaka, kiedy wchodziłeś na boisko?
– (śmiejąc się) Nie, nie myślałem nawet o tym. Z Tomkiem zamieniłem tamtego dnia kilka słów, ale nie było okazji do dłuższej rozmowy.
Nie był zazdrosny o Twój występ?
– Nie, bez przesady.
Wystąpiłeś w zaledwie 12 meczach w barwach Arsenalu, ale grasz z pewnością gracza mającego 200 meczów na koncie. Z czego wynika Twoja dojrzała postawa na boisku?
– Po pierwsze, cieszę się każdą chwilą spędzoną na boisku. Bo o to właśnie w sporcie chodzi. I to, co dostaję, staram się wykorzystać jak najlepiej potrafię. Spotkania takie, jak przeciwko Fenerbahçe czy United wymagają ode mnie, abym był silnym punktem tego zespołu, aby pomagać kolegom jak najlepiej tylko potrafię. Potrafię się dobrze skoncentrować i profesjonalnie podejść do występu.
Twoja parada w meczu z Wigan staje się powoli legendarna.
– Spokojnie, to po prostu była taka sytuacja i udało mi się z niej wyjść obronną ręką. Nie można tym żyć i opierać wszystkiego na jednej interwencji.
Ale w rankingu na najlepszą obronę w historii klubu jesteś! Widziałeś to, co zrobił David Seaman przeciwko Sheffield United w półfinale Pucharu Anglii 02/03?
– To tylko plebiscyt, zabawa dla kibiców, a nie miarodajna ocena zawodnika. Fakt, kojarzę wspomnianą paradę Seamana. Zatrzymał się w powietrzu, fajnie zagarnął piłkę ręką. Kozackie.
Seaman jest najbardziej uznanym bramkarzem w historii Arsenalu. W ramach pokoleniowej wymiany doświadczeń, miałeś już okazję z nim porozmawiać?
– Nie, jeszcze nigdy. Przywitałem się z nim kilka razy, ale nie było jeszcze okazji, aby dłużej porozmawiać. Na pewno byłoby ciekawie.
Piłka nożna staje się coraz dynamiczniejszym, atrakcyjniejszym sportem, niemalże rozrywką. Wymagana jest duża liczba bramek, produkowane są piłki latające szybciej, mocniej, po trudniejszej do oszacowania trajektorii. Można porównywać współczesnych bramkarzy z tymi z przeszłości?
– Zmieniły się nawet reguły gry dla bramkarzy! Nie można łapać piłki w wielu sytuacjach, ograniczone czasowo jest trzymanie jej w rękach. Tym niemniej, oglądałem kiedyś skróty meczów podczas Mistrzostw Świata w Szwecji i tamte interwencje golkiperów imponowały. Może relacje telewizyjne nie były tak dokładne jak obecnie, ale wielu bramkarzy prezentowało się bardzo dobrze. Lev Yashin, Gordon Banks – to są legendy, każdy by chciał zostać tak zapamiętanym.
Jako nastolatek na pewno marzyłeś o występach dla Manchesteru United czy Liverpoolu, to te zespoły były wówczas na fali. Los zesłał Cię do Arsenalu.
– Boss jest w klubie od 1996 roku i jego rządy tutaj pamiętam bardzo dobrze. Miałem 11 lat, mocniej zainteresowałem się piłką. Poza tym w Polsce można było zobaczyć dużo angielskiego futbolu, pokazywano także mecze „Kanonierów”. Może im specjalnie nie kibicowałem, ale należeli do czołówki i śledziłem także ich losy.
Arsène Wenger otwarcie mówi, że jesteś przyszłością tego klubu. Jak trudno jest utrzymać zdrowe relacje z Manu Almunią? Hiszpan jest świadom tego, że niedługo go zastąpisz.
– Wręcz bardzo łatwo! To nie jest żaden problem dla nas. Nie chodzi o to, aby skupiać negatywną energię, ale sobie nawzajem pomagać i wspierać. Wspierać. Podkładanie sobie nóg byłoby najgłupszym, co moglibyśmy zrobić w tej rywalizacji. Nigdy w takiej drużynie jak Arsenal ambicje jednego zawodnika nie będą ponad dobro całego zespołu. Chodzi o atmosferę w drużynie, a także zdrowe relacje. Ja i Manu zdajemy sobie sprawę, gdzie jesteśmy i jak wygląda sytuacja.
Ale razem do restauracji czy kina z ukochanymi nie wychodzicie?
– (uśmiechając się) A zdarza się, zdarza! Może w przeszłości w klubie bywało różnie, ale teraz sprawy są naprawdę poukładane. Inna sprawa, że w kwestii Jensa Lehmanna dużo się ukazywało w mediach na jego temat, a ja na treningach nic negatywnego nie dostrzegałem.
Czy to nie absurd, że klubowa młodzież potrafi rozbić Sheffield United i Wigan, a seniorzy przegrywają ze Stoke i Hull?
– Nie nazwałbym tego absurdem. Mecze w Carling Cup nie były łatwe, do pierwszej bramki na boisku toczyła się wyrównana walka i trudno było ocenić, kto gra lepiej. Fifty-fifty, można powiedzieć. Poza tym, to są zupełnie inne rozgrywki niż Premiership. Dla młodych chłopców to jest ogromna szansa pokazania się z jak najlepszej strony przed dużą widownią. Po prostu frajda.
To jest Twój drugi sezon tutaj, na pewno masz dużo spostrzeżeń à propos ligi. Co powoduje, że Premiership jest najlepsza na świecie? Czy to tylko kwestia wsparcia finansowego?
– Pieniądz na pewno ma na to wpływ. Ważna jest cała struktura, organizacja rozgrywek. Choć i to powiązane jest z finansowaniem. Istotny jest sposób przekazania tej ligi poprzez media, mecze są transmitowane i relacjonowane do wszystkich krajów świata. Cała ta otoczka jest niespotykana, magiczna wręcz. Piękne stadiony, wypełnione co mecz kibicami. Ważna jest też dynamika gry, każde spotkanie jest ciekawe.
To nie jest wygodne pytanie dla piłkarzy, chodzi o ich bajońskie kontrakty w Premier League. Czy powinno zostać wprowadzone „salary cap”?
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Może dlatego, że gram w Arsenalu? Ten klub jest prowadzony z głową, na zdrowych zasadach i tutaj rzadko są wydawane jakieś ogromne pieniądze. Nie chciałbym wypowiadać się na temat finansów innych klubów.
Angielski i polski sposób kibicowania to dwie zupełnie inne ideologie. Czy któraś z nich jest Ci bliższa?
– Zdaję sobie sprawę, że sposób kibicowania w Anglii wynika z wydarzeń przeszłości oraz problemów, jakie miano tutaj z kibicami. Potrafię sobie wyobrazić, że kiedyś w Anglii wyglądało to jak współcześnie w Polsce, ale miały miejsce wypadki, które wpłynęły na gruntowną zmianę. Wprowadzono naprawdę rygorystyczne zasady. Wpływ na kibicowanie ma także przebieg meczu, jak jest ciekawie na murawie, fani też tym żyją. Ta relacja jest bardzo silna.
Czy taka ewolucja, choć bez tragedii, może przenieść się na polski grunt?
– Ciężko ocenić. W Polsce trybuny są inaczej zorganizowane, kibice mają swoich „wodzirejów”, którzy prowadzą wspólny doping i każdy kibic śpiewa to samo, wszyscy są tego świadomi. Ubarwia to widowisko. Tutaj, w Anglii, fani są bardziej podzieleni, stadiony są większe i trudno wszystkich zgrać. Ale jak to już się uda, brzmi fantastycznie. Nie chcę mówić, że któryś styl kibicowania jest lepszy, są po prostu odmienne.
Czy dla Ciebie, osoby dopingowanej, ma to w ogóle jakieś znaczenie?
– Kiedy grałem w Legii, byłem młodszy i mniej doświadczony, czułem to wsparcie. Pomimo koncentracji meczowej słyszałem, co trybuny śpiewają i to pomagało. Natomiast teraz, trochę starszy i obyty, rzadziej dochodzą do mnie piosenki. Koncentruję się na tym, co się dzieje na boisku.
Czyli młodzież Arsenalu występując przed widownią na Legii grałaby jeszcze lepiej?
– (śmiejąc się) Można tak powiedzieć! Ale dostrzegam, że i fanom Arsenalu wielką radość sprawia dopingowanie tych chłopaków. Większość z nich to nastoletni Anglicy, kibicom łatwo się wówczas utożsamić z drużyną i zainspirować do walki, większego poświęcenia. Poza tym, to świetna okazja aby oglądać gwiazdy przyszłości, trybuny są zapełniane do ostatniego miejsca.
Grasz w młodym zespole. Czy uważasz, że szkolna edukacja w zawodzie piłkarza w ogóle jest potrzebna?
– Zdecydowanie nauka języków obcych! Szkołę na pewno trzeba skończyć, bo to się przyda po zakończeniu kariery. Ja na razie mam tylko wykształcenie średnie, próbowałem jeszcze w Warszawie pójść na studia, ale już po pierwszym semestrze nie mogłem tego pogodzić z piłką. Jak zakończę karierę, postaram się wrócić i skończyć studia. To jest ważne, choćby dla posiadania wiedzy z danej dziedziny. Wiem, że tutaj są prowadzone różne rodzaje studiów, muszę się jeszcze rozejrzeć. Poszedłbym na coś związanego z marketingiem i zarządzaniem, bowiem z tym mógłbym związać moja przyszłość. To są dalekosiężne plany, nie wiem nawet, ile będzie trwała moja kariera, ale czasami dyskutuję o przyszłości z moimi rodzicami.
Pomimo dużej rzeszy Polaków w Anglii, tęsknisz za bliskimi?
– Od 15. roku mieszkam poza domem i przyzwyczaiłem się do takiego sposobu życia. Dosyć często odwiedza mnie dziewczyna. Poza tym, jest skype. Można porozmawiać i zobaczyć twarze bliskich na ekranie komputera.
Nie wierzę, że powiedział: Lev Yashin. Lew Jaszyn to
może tak, ale nie jakieś dziwne cos.
~
~tomas
a jaka jest roznica w wymowie? chyba tak samo, nie?
~
~ppp
o wymowę. taki żart. Z tego co uczyli w szkole, to w
języku polskim nie ma np. litery „V”. Rozumiem, że
akcja działa się w Anglii, ale Jew Jaszyn naprawdę
sie broni.
RB
Robert Błaszczak
Może dodam coś od siebie w takim razie: zasugerowałem
się pisownią nazwisko, używaną we wszystkich krajach
krajach Europy Zachodniej.
Dodaj komentarz
Ma już za sobą debiut w Lidze Mistrzów, a także pojedynek z gwiazdami Manchesteru United. Choć w barwach Arsenalu rozegrał dopiero 12 spotkań, menadżer zespołu o Łukaszu Fabiańskim wypowiada się w samych superlatywach. A co o sobie samym mówi polski bramkarz?
Korespondencja z Anglii
Ośrodek treningowy Arsenalu jest położony w Saint Albans, na północ od Londynu, około 40 minut jazdy samochodem od Emirates Stadium. Co ciekawe, potężna baza szkoleniowa, na którą składa się także akademia „Kanonierów”, jest schowana za zwykłymi domami i naprawdę trudno ją znaleźć w tym sennym mieście hrabstwa Hertford.
Piątkowy trening piłkarzy się przedłużał, co zarazem opóźniało rozpoczęcie przedmeczowej konferencji prasowej z Arsènem Wengerem o, bagatela, półtorej godziny. I choć wielu dziennikarzy lokalnych gazet zaczynało narzekać, starałem się zobaczyć jak najwięcej. Mimo że ośrodek do najnowszych nie należy, nadal imponuje wielkością oraz funkcjonalnością. Ponadto jest kuźnią talentów, które francuski menadżer stopniowo wprowadza do pierwszego zespołu.
Łukasz Fabiański przyszedł po treningu ubrany bardzo modnie. Nie „gwiazdorzył”, cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. Jeżeli nie miał o czymś zdania, szczerze to zaznaczał i przechodziliśmy do innego tematu. Imponował profesjonalnym i dojrzałym podejściem tak do swoje pracy, jak i życia. Co istotne, wyraźnie zaznaczył, gdzie zaczyna się sfera prywatności, którą sobie ceni i której nie chciałby przekraczać. Indywidualizm jest zapewne wpisany w specyfikę bramkarskiego bytu.
Robert Błaszczak: Możemy rozmawiać po polsku? Smolarek na początku przygody w Boltonie nie chciał odpowiadać na pytania w rodzimym języku.
Łukasz Fabiański: Szczerze, nie słyszałem o niczym takim.
Czy Ebi sobie poradzi w lidze angielskiej?
– A czemu nie? To świetny zawodnik, ma predyspozycje, aby zacząć grać częściej i lepiej. To jest Anglia, tutaj każdy potrzebuje czasu na aklimatyzację. Nie wszystko musi od razu wychodzić.
Ale Tobie ta sztuka udała się nader szybko.
– Jeżeli chodzi o moją osobę, to faktycznie nie miałem z tym problemów. Atmosfera, która panuje w klubie, pozytywnie wpływa na odnalezienie się w nowej rzeczywistości. Jestem otoczonym ludźmi młodymi, w podobnym wieku. Okres aklimatyzacji minął łatwo i przyjemnie.
Jakiś swój udział w tym masz, bowiem grasz bez zarzutów. Co więcej, wchodząc przeciwko United zaprezentowałaś się bardzo pewnie! Ręce nie zadrżały?
– No właśnie nie! I to nie chodzi o rywala, ale pierwszy raz w karierze zdarzyła mi się sytuacja, abym wszedł w takim momencie meczu. Wcześniej, będąc rezerwowym, na boisku pojawiałem się w przerwie. Przeciwko ManUtd zagrałem od około 75. minuty. Coś nowego dla mnie, nie miałem rozgrzewki typowo bramkarskiej. Ale żadnego niepotrzebnego stresu nie czułem. Aż sam byłem tym zaskoczony. Może pewności dodał mi występ w meczu Ligi Mistrzów? Na pewno ułatwiło to sprawę.
Rzuciłeś okiem na Tomka Kuszczaka, kiedy wchodziłeś na boisko?
– (śmiejąc się) Nie, nie myślałem nawet o tym. Z Tomkiem zamieniłem tamtego dnia kilka słów, ale nie było okazji do dłuższej rozmowy.
Nie był zazdrosny o Twój występ?
– Nie, bez przesady.
Wystąpiłeś w zaledwie 12 meczach w barwach Arsenalu, ale grasz z pewnością gracza mającego 200 meczów na koncie. Z czego wynika Twoja dojrzała postawa na boisku?
– Po pierwsze, cieszę się każdą chwilą spędzoną na boisku. Bo o to właśnie w sporcie chodzi. I to, co dostaję, staram się wykorzystać jak najlepiej potrafię. Spotkania takie, jak przeciwko Fenerbahçe czy United wymagają ode mnie, abym był silnym punktem tego zespołu, aby pomagać kolegom jak najlepiej tylko potrafię. Potrafię się dobrze skoncentrować i profesjonalnie podejść do występu.
Twoja parada w meczu z Wigan staje się powoli legendarna.
– Spokojnie, to po prostu była taka sytuacja i udało mi się z niej wyjść obronną ręką. Nie można tym żyć i opierać wszystkiego na jednej interwencji.
Ale w rankingu na najlepszą obronę w historii klubu jesteś! Widziałeś to, co zrobił David Seaman przeciwko Sheffield United w półfinale Pucharu Anglii 02/03?
– To tylko plebiscyt, zabawa dla kibiców, a nie miarodajna ocena zawodnika. Fakt, kojarzę wspomnianą paradę Seamana. Zatrzymał się w powietrzu, fajnie zagarnął piłkę ręką. Kozackie.
Seaman jest najbardziej uznanym bramkarzem w historii Arsenalu. W ramach pokoleniowej wymiany doświadczeń, miałeś już okazję z nim porozmawiać?
– Nie, jeszcze nigdy. Przywitałem się z nim kilka razy, ale nie było jeszcze okazji, aby dłużej porozmawiać. Na pewno byłoby ciekawie.
Piłka nożna staje się coraz dynamiczniejszym, atrakcyjniejszym sportem, niemalże rozrywką. Wymagana jest duża liczba bramek, produkowane są piłki latające szybciej, mocniej, po trudniejszej do oszacowania trajektorii. Można porównywać współczesnych bramkarzy z tymi z przeszłości?
– Zmieniły się nawet reguły gry dla bramkarzy! Nie można łapać piłki w wielu sytuacjach, ograniczone czasowo jest trzymanie jej w rękach. Tym niemniej, oglądałem kiedyś skróty meczów podczas Mistrzostw Świata w Szwecji i tamte interwencje golkiperów imponowały. Może relacje telewizyjne nie były tak dokładne jak obecnie, ale wielu bramkarzy prezentowało się bardzo dobrze. Lev Yashin, Gordon Banks – to są legendy, każdy by chciał zostać tak zapamiętanym.
Jako nastolatek na pewno marzyłeś o występach dla Manchesteru United czy Liverpoolu, to te zespoły były wówczas na fali. Los zesłał Cię do Arsenalu.
– Boss jest w klubie od 1996 roku i jego rządy tutaj pamiętam bardzo dobrze. Miałem 11 lat, mocniej zainteresowałem się piłką. Poza tym w Polsce można było zobaczyć dużo angielskiego futbolu, pokazywano także mecze „Kanonierów”. Może im specjalnie nie kibicowałem, ale należeli do czołówki i śledziłem także ich losy.
Arsène Wenger otwarcie mówi, że jesteś przyszłością tego klubu. Jak trudno jest utrzymać zdrowe relacje z Manu Almunią? Hiszpan jest świadom tego, że niedługo go zastąpisz.
– Wręcz bardzo łatwo! To nie jest żaden problem dla nas. Nie chodzi o to, aby skupiać negatywną energię, ale sobie nawzajem pomagać i wspierać. Wspierać. Podkładanie sobie nóg byłoby najgłupszym, co moglibyśmy zrobić w tej rywalizacji. Nigdy w takiej drużynie jak Arsenal ambicje jednego zawodnika nie będą ponad dobro całego zespołu. Chodzi o atmosferę w drużynie, a także zdrowe relacje. Ja i Manu zdajemy sobie sprawę, gdzie jesteśmy i jak wygląda sytuacja.
Ale razem do restauracji czy kina z ukochanymi nie wychodzicie?
– (uśmiechając się) A zdarza się, zdarza! Może w przeszłości w klubie bywało różnie, ale teraz sprawy są naprawdę poukładane. Inna sprawa, że w kwestii Jensa Lehmanna dużo się ukazywało w mediach na jego temat, a ja na treningach nic negatywnego nie dostrzegałem.
Czy to nie absurd, że klubowa młodzież potrafi rozbić Sheffield United i Wigan, a seniorzy przegrywają ze Stoke i Hull?
– Nie nazwałbym tego absurdem. Mecze w Carling Cup nie były łatwe, do pierwszej bramki na boisku toczyła się wyrównana walka i trudno było ocenić, kto gra lepiej. Fifty-fifty, można powiedzieć. Poza tym, to są zupełnie inne rozgrywki niż Premiership. Dla młodych chłopców to jest ogromna szansa pokazania się z jak najlepszej strony przed dużą widownią. Po prostu frajda.
To jest Twój drugi sezon tutaj, na pewno masz dużo spostrzeżeń à propos ligi. Co powoduje, że Premiership jest najlepsza na świecie? Czy to tylko kwestia wsparcia finansowego?
– Pieniądz na pewno ma na to wpływ. Ważna jest cała struktura, organizacja rozgrywek. Choć i to powiązane jest z finansowaniem. Istotny jest sposób przekazania tej ligi poprzez media, mecze są transmitowane i relacjonowane do wszystkich krajów świata. Cała ta otoczka jest niespotykana, magiczna wręcz. Piękne stadiony, wypełnione co mecz kibicami. Ważna jest też dynamika gry, każde spotkanie jest ciekawe.
To nie jest wygodne pytanie dla piłkarzy, chodzi o ich bajońskie kontrakty w Premier League. Czy powinno zostać wprowadzone „salary cap”?
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Może dlatego, że gram w Arsenalu? Ten klub jest prowadzony z głową, na zdrowych zasadach i tutaj rzadko są wydawane jakieś ogromne pieniądze. Nie chciałbym wypowiadać się na temat finansów innych klubów.
Angielski i polski sposób kibicowania to dwie zupełnie inne ideologie. Czy któraś z nich jest Ci bliższa?
– Zdaję sobie sprawę, że sposób kibicowania w Anglii wynika z wydarzeń przeszłości oraz problemów, jakie miano tutaj z kibicami. Potrafię sobie wyobrazić, że kiedyś w Anglii wyglądało to jak współcześnie w Polsce, ale miały miejsce wypadki, które wpłynęły na gruntowną zmianę. Wprowadzono naprawdę rygorystyczne zasady. Wpływ na kibicowanie ma także przebieg meczu, jak jest ciekawie na murawie, fani też tym żyją. Ta relacja jest bardzo silna.
Czy taka ewolucja, choć bez tragedii, może przenieść się na polski grunt?
– Ciężko ocenić. W Polsce trybuny są inaczej zorganizowane, kibice mają swoich „wodzirejów”, którzy prowadzą wspólny doping i każdy kibic śpiewa to samo, wszyscy są tego świadomi. Ubarwia to widowisko. Tutaj, w Anglii, fani są bardziej podzieleni, stadiony są większe i trudno wszystkich zgrać. Ale jak to już się uda, brzmi fantastycznie. Nie chcę mówić, że któryś styl kibicowania jest lepszy, są po prostu odmienne.
Czy dla Ciebie, osoby dopingowanej, ma to w ogóle jakieś znaczenie?
– Kiedy grałem w Legii, byłem młodszy i mniej doświadczony, czułem to wsparcie. Pomimo koncentracji meczowej słyszałem, co trybuny śpiewają i to pomagało. Natomiast teraz, trochę starszy i obyty, rzadziej dochodzą do mnie piosenki. Koncentruję się na tym, co się dzieje na boisku.
Czyli młodzież Arsenalu występując przed widownią na Legii grałaby jeszcze lepiej?
– (śmiejąc się) Można tak powiedzieć! Ale dostrzegam, że i fanom Arsenalu wielką radość sprawia dopingowanie tych chłopaków. Większość z nich to nastoletni Anglicy, kibicom łatwo się wówczas utożsamić z drużyną i zainspirować do walki, większego poświęcenia. Poza tym, to świetna okazja aby oglądać gwiazdy przyszłości, trybuny są zapełniane do ostatniego miejsca.
Grasz w młodym zespole. Czy uważasz, że szkolna edukacja w zawodzie piłkarza w ogóle jest potrzebna?
– Zdecydowanie nauka języków obcych! Szkołę na pewno trzeba skończyć, bo to się przyda po zakończeniu kariery. Ja na razie mam tylko wykształcenie średnie, próbowałem jeszcze w Warszawie pójść na studia, ale już po pierwszym semestrze nie mogłem tego pogodzić z piłką. Jak zakończę karierę, postaram się wrócić i skończyć studia. To jest ważne, choćby dla posiadania wiedzy z danej dziedziny. Wiem, że tutaj są prowadzone różne rodzaje studiów, muszę się jeszcze rozejrzeć. Poszedłbym na coś związanego z marketingiem i zarządzaniem, bowiem z tym mógłbym związać moja przyszłość. To są dalekosiężne plany, nie wiem nawet, ile będzie trwała moja kariera, ale czasami dyskutuję o przyszłości z moimi rodzicami.
Pomimo dużej rzeszy Polaków w Anglii, tęsknisz za bliskimi?
– Od 15. roku mieszkam poza domem i przyzwyczaiłem się do takiego sposobu życia. Dosyć często odwiedza mnie dziewczyna. Poza tym, jest skype. Można porozmawiać i zobaczyć twarze bliskich na ekranie komputera.