Nie tak miał wyglądać początek tego sezonu w wykonaniu Evertonu. Ogromne kwoty, które klub z Goodison Park płacił latem za nowych zawodników, miały być gwarantem dobrych wyników. Powtarzane do znudzenia prawdy o nieprzewidywalności futbolu po raz kolejny dały o sobie we znaki i po raz kolejny okazały się dla niektórych czymś absolutnie szokującym. Trudny terminarz – słyszymy najczęściej z ust obrońców „The Toffees”. Czy jednak wszystko usprawiedliwić możemy klasą przeciwników, z jakimi zmierzyć przyszło się podopiecznym Ronalda Koemana?
Lato w zachodniej części hrabstwa Merseyside rozpoczęło się niezwykle obiecująco. Wielki powrót Rooneya miał być jedynie dopełnieniem niezwykle pracowitego okresu transferowego. Z odejściem Lukaku pogodzono się już jakiś czas temu, a kibice z zaufaniem podchodzili do wszystkiego, co działo się w klubie. Bo jak tu nie być zadowolonym, kiedy szeregi twojej ukochanej ekipy zasila tylu klasowych piłkarzy? Odejście z drużyny belgijskiego napastnika pozostawiło jednak w zespole wyrwę, której nie dało się tak szybko zastąpić. Atak postanowiono oprzeć na Rooneyu i jak dotąd jest zbyt wcześnie, by oceniać tę konkretną decyzję.
Złośliwi twierdzili, że w najbliższym sezonie Everton będzie drużyną, która poczyniła wielkie kroki w kierunku umocnienia swojej 7. lokaty w Premier League. Ci nieco bardziej życzliwi widzieli w „The Toffees” drużynę, która będzie w stanie włączyć się do walki z najmocniejszymi. Po pierwszych kolejkach możemy śmiało powiedzieć, że niewiele w klubie z Liverpoolu poszło zgodnie z planem. Czy należy już jednak panikować?
Cztery punkty
Tyle na przestrzeni pięciu kolejek udało się ugrać podopiecznym Ronalda Koemana. Terminarz rzeczywiście nie sprzyjał. Pojedynki z czterema drużynami wielkiej szóstki na pewno nie mogły być gwarantem punktów. Everton w większości starć nie wyglądał jednak na drużynę, która miałaby nawiązać walkę z którąkolwiek z typowanych do TOP 6 drużyn.
Zaczęło się nieźle, bo od pokonania Stoke i fantastycznej gry Wayne’a Rooneya. Potem nadejść miał prawdziwy sprawdzian, który drużyna holenderskiego menedżera zdała na czwórkę z plusem. „The Toffees” zagrali bardzo dobre spotkanie przeciwko Manchesterowi City, w którym do zgarnięcia pełnej puli zabrakło nieco szczęścia. Wszystko przebiegało zgodnie z planem aż do momentu wyjazdu na Stamford Bridge.
Porażka z Chelsea nie sprawiła, że świat fanów Evertonu legł w gruzach. Strata punktów była wkalkulowana nawet pomimo ambicji klubu z Liverpoolu. Z tropu kibice zostali zbici dopiero w dwóch następnych kolejkach. „The Toffees” nie wyglądali na drużynę, która mogłaby postraszyć choćby Crystal Palace. Z tymi „Orłami” to oczywiście lekka przesada, ale Everton sprawiał wrażenie, jakby do obu pojedynków podszedł nieco bojaźliwie. Wysokie porażki bez zdobytej choćby jednej bramki pokazały podopiecznym Ronalda Koemana miejsce w szeregu. Czy nie dało się z tych meczów wycisnąć więcej? Czy holenderski menedżer na pewno odpowiednio dobrał taktykę i piłkarzy na spotkanie?











