Sobotnie mecze w Premier League przyniosły całkiem dużo emocji i kilka zaskoczeń. Lider w końcu stracił punkty, a Manchester United powraca do dawnej formy. Dziś nie zabrakło pytań, czy walka o mistrzostwo Anglii jest już rozstrzygnięta. Arsenal nie wykorzystał wielu szans, a Liverpoolowi udało się wygrać w dramatycznej końcówce.
Niewykorzystane szanse na Emirates
Mecz Arsenalu z West Bromem można określić jako wyrównane spotkanie z mnóstwem niewykorzystanych szans. Dużo szczęścia mieli jednak gospodarze, którzy mogli stracić o wiele więcej bramek niż tylko jedna. Warto przywołać chociażby nieudaną próbę dryblingu bramkarza, Bena Fostera, który stracił piłkę blisko swojej bramki i gdyby nie odrobina szczęścia, to prawdopodobnie mecz można by uznać za skończony już o wiele wcześniej. Jedyną bramkę w tym spotkaniu zdobył Danny Welbeck, który dostał bardzo dobrą piłkę od Cazorli. Futbolówkę dotknął także bramkarz, ale poza podrzuceniem do góry nic mu to nie dało. W bramce Arsenalu zagrać musiał 22-letni Damian Martinez, a na ławce rezerwowych zasiadł Matt Macey. Obaj pojawili się ze względu na kontuzje dwóch pierwszych bramkarzy, Wojciecha Szczęsnego i Davida Ospiny.
Szczęśliwe czerwone zakończenie
Dużo szczęścia miał dziś Liverpool w meczu ze Stoke City. Sam mecz nie należał do najciekawszych, choć były momenty, w których całkiem sporo się działo. Tak jak ten, kiedy szansę na strzelenie bramki mieli Rickie Lambert czy Joe Allen. W 85. minucie Glenowi Johnsonowi udało się dobić piłkę, którą po strzale Lamberta odbił Asmir Begović. Dzięki uderzeniu obrońcy „The Reds” w końcu zdobyli trzy punkty, których od trzech kolejek nie potrafili obronić. Brendan Rodgers może być spokojny o kolejny tydzień, bo mecz z Leicester będzie kolejnym sprawdzianem dla niego i jego drużyny. Fani są coraz bardziej zniecierpliwieni postawą Liverpoolu, który zamiast bić się o mistrzostwo Anglii, walczy o europejskie puchary.
Hull w piekle
Prawdziwą strzelnicę urządzili sobie za to piłkarze Manchesteru United. Udało im się zdobyć aż trzy gole w meczu przeciwko Hull City. Nie jest to niesamowity wyczyn, ale dla Louisa van Gaala i jego „Czerwonych Diabłów” jest to bardzo ważny krok w odbudowywaniu formy. Gospodarzom udało się dominować przez cały mecz, a ich posiadanie piłki było kilkukrotnie większe od rywala. Pierwsza bramka padła po dość sporym zamieszaniu w polu karnym Hull. Dzięki technologii goal-line udało się rozstrzygnąć tę sporną sytuację i sędzia uznał gola Chrisa Smallinga. Druga bramka padła po błędach obrony Hull i świetnym uderzeniu Rooneya sprzed pola karnego. Hull dobił fenomenalny strzał Robina van Persiego. Oczywiście „Czerwonym Diabłom” było mało i starały się zdobyć więcej goli, jednak to im się nie udało. Najwięcej strachu kibice Manchesteru United mieli w 14. minucie, kiedy Angel di Maria doznał kontuzji.
Strata lidera
Ostatnim sobotnim meczem wartym uwagi było spotkanie na Stadium of Light pomiędzy Sunderlandem a Chelsea. Od początku wiadomo było, że goście zamierzają zdobyć trzy punkty i szybko zacząć myśleć o kolejnym spotkaniu. Stało się zupełnie coś innego, ponieważ napotkali opór piłkarzy Sunderlandu. „The Blues” starali się strzelić bramkę, jednak to nic nie dało. „Czarne Koty” także miały swoje okazje, które jednak nie mogły być wykorzystane bez odrobiny szczęścia. Więcej do powiedzenia mieli podopieczni Jose Mourinho, choć ich większe posiadanie piłki nie miało żadnego wpływu na mecz. Efektem braku bramek do 75. minuty była zmiana trzech zawodników ofensywnych na innych piłkarzy, którzy mieli za zadanie zaatakować i wywalczyć trzy punkty. Do końca meczu utrzymał się bezbramkowy remis, co jest pierwszą stratą ligowych punktów od meczu z Manchesterem United ponad miesiąc temu.











