Nasza ekstraklasa to nie tylko widowisko piłkarskie. To pewien folklor, który wywołuje uśmiech na twarzy wielu kibiców w naszym kraju. To także wspaniali ludzie i ciekawe miejsca. I kopalnia oryginalnych historii. Niektórych z nich sam byłem uczestnikiem.
Wśród wszystkich osób związanych z naszą ligą, z którymi miałem styczność w ostatnich miesiącach, najbardziej w mojej pamięci utkwił szkoleniowiec Korony Kielce, Marcin Brosz. Przesympatyczny człowiek z ogromną wiedzą piłkarską. Po raz pierwszy tej jesieni spotkałem go po meczu Wisła Kraków – Korona Kielce. Na mecz przyjechałem z obandażowanym nosem, na który parę dni wcześniej spadła lampa (sam nie wiem, jak to się stało), i wyglądałem dość komicznie. Tyle słowem wstępu.

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Pomeczowe wywiady telewizyjne w tzw. mix-zone (strefa dla dziennikarzy, gdzie mogą przeprowadzać rozmowy z piłkarzami). Do kamery podchodzi Marcin Brosz. Zadowolony ze zdobycia jednego punktu na dość trudnym terenie odpowiada na pierwsze pytanie. Podczas zadawania drugiego zaczyna wędrować oczami po sali i zatrzymuje się na moim nosie. Zapytany, milczy i dłuższą chwilę wpatruje się w moją świeżą bliznę. Po chwili tak rzecze do swojego rozmówcy:
– Przepraszam, czy mógłby pan powtórzyć pytanie? Zapatrzyłem się na nos tego pana. Chyba coś mu się stało.
Całkowicie zmieszany, tylko uniosłem delikatnie kąciki ust. Marcin Brosz z powrotem zaczął odpowiadać na pytania dziennikarzy, a ja zająłem się w tym czasie lepszym kamuflażem przyczyny dekoncentracji. Szkoleniowiec Korony był stale uśmiechnięty. Ciekawe dlaczego…
Drugi raz miałem okazję go spotkać przy okazji meczu Cracovia – Korona. Po spotkaniu odbyliśmy trochę dłuższą, merytoryczną rozmowę o samej Koronie. Szkoleniowiec kieleckiej drużyny podkreślił podczas niej, że dwie bramki Cabrery to nie przypadek i że to był pokaz dopiero 40% jego możliwości. W następnym spotkaniu z Legią w takim razie niestety pokazał chyba 10 procent. Trenerowi Korony z okazji świąt życzę, aby takie sytuacje jego piłkarze wykorzystywali.
***
Ekstraklasa nie dała mi odpocząć nawet podczas wakacji. Ale po kolei. Właśnie zaczynałem, planowaną od wielu miesięcy, wycieczkę po Francji i Hiszpanii. Podekscytowany możliwością zwiedzania pięknych miejsc i spania w namiocie, podróżowałem samochodem w stronę naszej zachodniej granicy. Jednak podczas ostatniego planowanego postoju w Polsce kompan mojej podróży postanowił, że jeszcze nie pora na wyjazd z kraju, i omyłkowo zamiast odpowiedniego paliwa typu Diesel nalał do auta benzynę. Aby nie uszkodzić samochodu, trzeba było naprawić pomyłkę. Na stacji nie było możliwości wypompowania zawartości baku, więc niestety musieliśmy skorzystać z pomocy drogowej i zawieżć auto do najbliższego salonu. W ten sposób trafiłem do Lubina.












